Blog Day 2010

Dzisiaj Piąty Międzynarodowy Blog Day. Co to i jak to, możecie przeczytać pod linkiem, a ja się skupię na liście blogów. W zeszłym roku wzięłam udział w akcji jeszcze na innym blogu, tym, który ewoluował w „blog dzieciowy”, a w tym roku już na tym „dorosłym”. No to jedziemy. Spontanicznie, bez namysłu, pięć pierwszych blogów, które mi przychodzą na myśl, gdy myślę o ciekawych blogach z tych z czytnika.

1. Dywagacje okołokonsumpcyjne Smoły
Recenzje knajp, knajpek i knajpeczek, szczególnie rzetelne betatesty steków, a ostatnio i własne zmagania z gotowaniem pewnego sympatycznego młodego człowieka. Pisane fantastycznym językiem, pełne ciepła i specyficznego humoru, typowe „dobrze się czyta”.
2. Zdrowie od podszewki
Zgrabnie pisane opowieści lekarza, czyli ta druga strona biurka. Czasami śmiesznie, częściej jednak dość przerażająco, zważywszy na to, że autor opisuje polskie realia.
3. Z widelcem przez kuchnię obu Ameryk
Czyli podróże kulinarne Ireny i Andrzeja. Zacny blog kulinarny, z którego wpisy często są moją inspiracją czy wręcz gotowym pomysłem na obiad. Ładnie, smacznie, kolorowo, zwyczajne placuszki jabłkowe i oryginalne przepisy z dalekich krajów, zwięzłe komentarze, bez zadęcia.
4. Brzydka Dziewczynka
Opowiadania erotyczne pisane świetną, literacką polszczyzną, czasem wulgarniejsze, czasem subtelne, zawsze z klasą.
5.  Play Me
Zupka. Z fotkami. Dinozaury, dinozaury, dinozaury, jeszcze trochę dinozaurów, jeden mysz, kredki, gumiaki, kosmici z Ben 1o… Zabawki. Małych i dużych dzieci.

Przepis na placuszki z kaszy gryczanej

Nie eksperymenty, bo placuszki są czymś robionym w moim domu od lat, jako danie proste, smaczne i pożywne. Przepis nie mój, natomiast chcę go tu zapisać, uznając że serwery, na których stoi ten blogasek, są być może bardziej trwałe niż wymiętolona, nieco naddarta kartka z  nieistniejącego już pisma „City Magazine”. Konkretnie z numeru styczniowego z roku 2003. W owym piśmie była sobie przez pewien czas rubryczka Michała Kaczyńskiego pt „Kuchnia partyzancka”, z której poznałam kilka ciekawych przepisów. Autor opisywał wszystko krok po kroku, używając „normalnych” miar (tzn łyżka, szklanka, itp), podając koszt składników, wskazówki i przestrogi doskonale znane obytej w kuchni osobie, więc to było zdecydowanie „gotowanie dla początkujących”, co było bardzo cenne dla mnie wtedy, gdyż sama się do takich zaliczałam. I chyba wciąż zaliczam. Wracając do przepisu, miałam ambitny plan przepisania tutaj większości tekstu z tej wymiędlonej karteczki, ale wpadłam na pomysł sprawdzenia strony, którą Kaczyński wtedy podawał i voila, okazało się, że strona jak najbardziej żyje, ma się dobrze i jest na niej ów przepis. Dokładnego linku dać nie mogę, ale łatwo znaleźć frazę „placki gryczane” na liście pozycji. Co prawda na stronie nie ma opowieści o stosunku starożytnych Słowian do kasz (szkoda, szkoda, te opowieści o głównym składniku przepisu były jednym ze smaczków „Partyzanckiej kuchni”), ale meritum jest.

Także ten. Polecam. Ja na ogół z przypraw dodaję dużo słodkiej papryki i pieprz biały, ale można dużo różnych rzeczy i też jest dobre. Jadamy na ogół polane ketchupem (dzieci) i z ogórkiem kiszonym (ja). A tak wygląda przepis na stronie pesto.art.pl

Eksperyment kulinarny nr 5 czyli zapiekane faszerowane bakłażany

Wreszcie nastał sezon na tanie bakłażany, więc radośnie kupiłam ich kilogram, a potem zaczęłam się zastanawiać co dalej. Jak często w takich sytuacjach użyłam wspaniałego wynalazku - foodle.pl, wklepałam bakłażany i trafiłam na ten przepis. Zastanowiliśmy się z Harrym, czy damy radę, nie mieliśmy co prawda mięsa wołowego, ale za to dorodną pierś z kurczaka. No to zrobiliśmy. Zrezygnowaliśmy z beszamelu, bo nikomu się nie chciało go robić, oraz skróciliśmy czas smażenia farszu, bo kurczak oczywiście się szybciej smaży niż wołowina. Białego wina (które było zresztą zwykłą, tanią Sophią Sakar, kupioną w a.pl za około 8 złotych) również Harry wlał „na oko”, zapewne sporo więcej niż w przepisie i farsz był duszony po prostu do momentu odparowania większości płynu. Czasu zapiekania również nie rejestrowaliśmy, zajmując się piciem pozostałego wina. Dodatkowo do farszu poszła połówka zielonej papryki, którą znaleźliśmy w lodówce. Ogólnie była to bazująca na przepisie z sieci potrawa „na winie” – bierzesz to, co się nawinie i przetwarzasz ;)
Wyszło świetne, zdjęć nie ma, bo natychmiast zjedliśmy. Danie sycące, z mocno wyczuwalnym smakiem wina, cieplutkie pod kołderką z żółtego sera. Zdecydowanie do powtórzenia w innych konfiguracjach, tzn z innym farszem, fajna baza do eksperymentów.

Tam tam taram tamtamtam tam tarara ram

Uff, wreszcie wszystko jest jawne i mogę to napisać: serdeczne gratulacje i życzenia długiej drogi razem dla mojej przyjaciółki Luki i jej męża Kaina. Wiedziałam od dawna, że chcą się pobrać, ale postanowili zrobić z tego niespodziankę i nie mówić nic nikomu do imprezy, na którą zaproszą wszystkich możliwych znajomych i nagle ściągną rękawiczki ujawniając obrączki. Jedynie zaręczyny (notabene tydzień przed dawno już zaplanowanym ślubem) były jawne, reszta była tajemnicą dla wszystkich, oprócz rodzin i paru najbliższych przyjaciół. Numer przedni, niektórzy nie mogli uwierzyć, mimo obrączek ;-)

„Impreza stulecia z niespodzianką” była zatem bardzo wesoła, choć ja niestety musiałam się dość wcześnie z niej zmyć, bo moja stara dobra znajoma – depresja postanowiła się wprosić i trochę mi popsuć nastrój do przebywania wśród dużej ilości ludzi. Ale ten. Mam przyjaciół, którzy to rozumieją, więc utulili, zrozumieli i nawet zorganizowali mi szybki i wygodny transport do domu (wielkie dzięki dla Pauliny!).

A poza tym to sobie egzystuję, pracuję, byłam na „Incepcji” (bardzo fajny film, do momentu, w którym zaczęłam wymyślać jakie może być zakończenie, wymyśliłam najbardziej zaskakujące i wywracające film do góry nogami, nawet akcja w pewnym momencie zaczęła potwierdzać moje przypuszczenia, ale potem jednak okazało się, że nic z tego, zakończenie jest banalne i niezaskakujące, wręcz nudne i obrzydliwie przewidywalne). Zaczynam naprawdę lubić gotowanie. Tak, ja. Lubić, cieszyć się nowymi daniami, kupuję na przykład kilogram bakłażanów, a potem pytam wujka Googla o ciekawe przepisy na dania z tych warzyw i realizuję, mając wielką frajdę z tego, że nauczyłam się robić coś nowego. Choć to w sumie nic nowego, że lubię robić nowe rzeczy…
Wielką frajdę też mi sprawiło ubieranie i malowanie syna na dzisiejszą imprezę, młody został przebrany za kościotrupa, jego makijaż robiłam dużo dłużej niż swój, ale efekt był super, a oboje mieliśmy świetną zabawę. No i zrobił furorę, szczególnie że do całego stroju i makijażu miał ze sobą swojego pluszowego Cthulhu (kupionego tu).  I tylko zmywanie tego wszystkiego było trudne, żmudne i mało przyjemne, szczególnie że makijaż był wykonany:
a) kredkami do malowania twarzy dzieciom
b) czarną kredką do oczu z Sephory
c) cieniami do oczu Lancome
d) tuszem do rzęs Lancome
I wszystko to razem okazało się trudne do usunięcia moim mleczkiem do demakijażu, widać Clinique nie przewidziało że ktoś może TAK umalować oczy. O tak

Otwieram wino ze swoją dziewczyną

Harry i ja. Leniwy dzień w domu. Robimy obiad.
Ja: To ja otworzę wino
H: Dobrze, otwórz
Zdejmuję wino, biorę nóż, korkociąg, siadam i zaczynam odcinać banderolę. Harry odwraca się, wyrywa mi butelkę i nóż z ręki i zaczyna to robić sam.
Ja: A-lle….
H: Wino powinien otwierać facet, jeśli jest w domu. A akurat jakiś jest.
Ja: Przecież sam mi kazałeś otworzyć!
H: Bo zapomniałem
Ja: Err…. Zapomniałeś, że jesteś facetem?
H: Nie, zapomniałem o savoir-vivre

Eksperyment kulinarny nr 4 czyli placuszki bananowe

Jest straszny upał, w związku z czym banany leżące na wierzchu nadmiernie mi dojrzały zanim zostały zjedzone. Przeszukałam internet pod kątem „co można zrobić z przejrzałych bananów” i niestety powtarzał się głównie chlebek bananowy oraz placuszki, ale jakieś skomplikowane, wymagające bicia piany z białek, albo ubijania mleka, odstawiania masy i nakrywania ściereczką, więc postanowiłam eksperymentalnie zrobić swoje placuszki z jabłkami, tylko dać banana zamiast jabłka. Placuszki owe, obecne w mojej rodzinie od pokoleń, robi się tak:

- jajko
- kefir
- mąkę

Zmieszać/zmiksować ze sobą. I do tego jabłko utarte na tarce o dużych oczkach albo pokrojone. Moja mama kroi, ja ścieram na tarce – różnica jest taka, że krojone kawałki są większe. Ale to jak kto lubi, ja wolę użyć tarki, bo tak jest szybciej. Można też zamiast jabłek użyć żółtego sera – raczej bardziej ostrego/słonego. No i tak jak ja teraz – bananów. Co do proporcji ciasta, to ja biorę 2 jajka, jeden kefir 400 ml (używam Bakomy i chyba jest najlepszy do tych placuszków, ale robiłam i z innymi i też dobrze wychodzi), natomiast mąki dodaję tyle, żeby ciasto miało konsystencję gęstej śmietany. Trzeba pamiętać o tym, że jak się doda jabłka, to ciasto trochę zrzednie od soku z jabłek, więc może trzeba będzie dodać trochę mąki.  Przy bananach nie miałam tego problemu, zrobiłam ciasto, dodałam dwa banany pokrojone w cienkie plasterki, wymieszałam i już. I smażyć na oleju/oliwie, na dość dużym ogniu, aż się ładnie przybrązowią. Z podanych przeze mnie proporcji wychodzi tyle placków, że najadam się ja i dzieci, czyli 2-3 osoby. Te z jabłkami można polać kefirem (jeśli jeszcze jakiś mamy) przed podaniem, te z bananami posypać cynamonem, można też jeść bez niczego :)

Lato! Słońce! Warzywa! Owoce!

Rzecz w tym, że można założyć bieliznę , sukienkę, sandałki i wyjść z domu. I że czereśnie. Truskawki.
Uwielbiam lato. Jestem tak ciepłoluba, że nie istnieje dla mnie pojęcie „za ciepło”. 36 stopni? Proszę bardzo! Więcej? Jasne, tylko jestem na stałe przyssana do płynów, najlepiej ice tea z lodem. Mogę wyjść z domu w przeciągu 20 sekund, bo tyle mi zajmie ubranie się i założenie sandałów. Jest mnóstwo owoców i warzyw, w tym takie, które tylko wtedy. Całodzienne jedzenie można załatwić samymi sałatkami. Dzisiaj tak zrobiłam… prawie cały dzień na samych sałatkach. Chciałam sobie wczoraj wieczorem zrobić taką sałatkę, jak przynosi do korpo Pan Kanapka, ale z różnych powodów wyszło mi zupełnie inaczej, a bardzo dobrze. Tamta zawiera ser żółty, kukurydzę, ananasa i majonez. Ja wrzuciłam do pojemniczka:
- kurczaka curry pozostałego po obiedzie (którego wcześniej pokroiłam w kostkę ok 1×1 cm, posypałam solą, pieprzem, curry, zostawiłam na pół godziny w przyprawach, usmażyłam)
- ser żółty starty na grubej tarce
- ananasa (też małe kawałeczki, lepsze jest z małymi)
- no i chciałam dorzucić kukurydzę, ale okazało się, że nie mam, to bez namysłu dodałam resztkę żółtej fasolki szparagowej pozostałej po obiedzie (tylko pokrojonej na kawałki max 2 m długości)
- i majonez. niedużo, bardzo niedużo.
Zmieszałam, przykryłam, zamknęłam na noc w lodówce, rano złapałam wybiegając z domu do pracy. Podjadałam ją przez godzinę i obyłam się bez obiadu w pracy :-) Sycące i smaczne.

A po pracy zamiast obiadu kolejna sałatka – tym razem proste caprese. Też powód do kochania lata, pomidory z mozarellą mogę jeść wtedy codziennie i często tak jest… przez miesiąc to stała część jadłospisu. Mam w domu doniczki z bazylią, urywam parę listków, odurzam się zapachem, posypuję pomidory świeżo zmielonym pieprzem i gruboziarnistą solą morską, mniam. I tylko muszę robić więcej, niż chcę, albo kryć się przed córką, bo też uwielbia mozarellę.

I fasolka szparagowa… Wczoraj była gorąca, dzisiaj rano w sałatce, dzisiaj chciałam jej nie kupować, poszłam do warzywniaka kupić tylko puszkę kukurydzy, podchodzę i mówię: dzień dobry, poproszę pół kilo żółtej fasolki… (orientuję się, co mówię)… yyyy, to znaczy nie, nie, fasolki… a zresztą… no tak, tak, niech pani nasypie. I ugotowane pół kilo fasolki wyłożyłam na wielki talerz, polałam bułką tartą z masełkiem i wrąbaliśmy razem z dziećmi. Zajęło nam to równe 8 minut., a i to dlatego, że na początku była gorąca i trzeba było powoli jeść. I to niesprawiedliwe, że gotuje się 3 albo i 4 razy dłużej :D

Tanieje bób, już bym ugotowała dzisiaj, gdyby nie złe ludzie, co mi z warzywniaka wykupiły. Kupiłam za to cukinię na pocieszenie.
I tak chodzę po słonecznych ulicach, ciesząc się latem, wystawiam pyszczek do słońca, objadam się sezonowymi warzywami, mam w domu na stałe otwarte okna… więc wpada mi przez nie hałas z ulicy, ale to nic, po stokroć to wolę, niż kulenie się z zimna przy kaloryferze. A teraz jeszcze wieczorami Desperadosik, meczyk, mundial trwa i jest coraz dziwniej i zdziwniej chwilami (Meksyk?? Z Francją? Żabojady już do domu???). Łapię te miłe chwile, zbieram wspomnienia, zamykam w słoiczkach. Półeczka podpisana „nostalgia” jest długa i pojemna. Będzie na potem.

Warszawa i ja

Lubię to miasto. Lubię iść peronem metra i  widzieć z jednej strony odjeżdżający pociąg, z którego wysiadłam, a z drugiej ten, który jedzie tam, skąd przyjechałam. Lubię hałas, jaki tworzą odjeżdżając.
Wracam późnym wieczorem ze spotkania przy piwie ze znajomymi, jest ciepło, jest dobrze, jest bezpiecznie. To jest moje miasto, moje tereny, znam skróty, wiem skąd jeżdżą nocne, do której jeździ metro i tramwaje, wiem ile czasu zajmie mi droga do domu. Idę sama, w lekkiej sukience i czuję się bezpiecznie. Bo jestem u siebie. Bo tu się urodziłam, tu się wychowałam, tu mieszkam i pracuję – jestem stąd. Jestem autochtonem. („Tubylec” brzmi jakoś dziwnie, nie jestem kimś, kto bywa, jestem kimś, kto jest).
Metro ze świstem odjeżdża, ja wjeżdżam schodami ruchomymi na powierzchnię, wychodzę, zaciągam się nocnym powietrzem, patrzę na Pałac Kultury, na którym jaśnieje już tylko zegar i światełko dla samolotów, bo inne światła są zgaszone. Co jest dla mnie tylko wyznacznikiem tego, jak późno jest. Znajome neony i znajome godziny ich gaszenia. Znajome ulice i bramy. Cykl zapalania się i gaśnięcia pomarańczowego światła w banku na dole bloku, wzdłuż którego muszę przejść, żeby dotrzeć do swojej bramy. I szum maszyny polewającej rozpalone upałem ulice mojego miasta. Miasto, masa, maszyna.
Mam to miasto we krwi, ono ma w sobie moją krew. Dobranoc, Warszawo.

Chciałbym rozeznać się w sobie, póki nie będzie za późno*

Biorę nowe lekarstwo z gatunku tych, co działają po dłuższym czasie, a na początku uderzają całym arsenałem skutków ubocznych, mniej lub bardziej uciążliwych. Zaczęło się od koszmarnych bóli głowy, więc równolegle z lekiem łykam Ketonal, cudowne biało-niebieskie kapsułki, które pozwalają normalnie funkcjonować. Potem doszły jeszcze różne cuda z poziomem libido, notabene zupełnie odwrotne, niż zapowiadane, mój pan doktor orzekł, że doszło u mnie do „reakcji paradoksalnej”, tak więc paradoksalnie siedzę i się męczę. No i last but not least, mdłości. Na tyle silne, żeby nie można było o nich ani na chwilę zapomnieć, na tyle słabe, żeby nie móc ulżyć sobie wymiotami. I tak różne te efekty na zmianę, razem, osobno, do tego jeszcze kilka innych, wesoło jest.
Pocieszam się nieco filmami, albo chodzę do kina albo coś oglądam na komputerze. Zaliczyłam ostatnio:
„Iron Man 2″ – bardzo  zacne kino akcji, dobra muzyka, zdjęcia, no i śliczna laska (Scarlett Johansson). Co do Roberta Downeya Jr to już nawet nic nie mówię, zakochałam się na zabój jak nastolatka.
„Nocna randka” – prosta, bezpretensjonalna komedia opowiadająca o jednej nocy z życia wieloletniego małżeństwa, które wychodzi na spokojną, nudną kolację, a robi się z tego zwariowana przygoda. Lekkie, pozwalające na dwie godziny beztroskiej zabawy.
„Disco robaczki” – film dla dzieci, recenzja tu. Bardzo zły film.
„Sherlock Holmes” – to z tych obejrzanych w domu, bo w kinach pewnie już nie grają nawet. To samo co Iron Man, zacne kino akcji, nie mam pojęcia, ile ten film ma wspólnego z książką, ale nie ma to znaczenia, mógłby być o jakimkolwiek detektywie.
„Ghost World” – a to film na motywach komiksu Daniela Clowesa, bardzo dobry, bardzo smutny i świetnie zagrany. Chciałam go obejrzeć ze względu na Scarlett Johansson, w której też się odrobinkę zadurzyłam po Iron Manie, ale w „Ghost World” to Thora Birch jest gwiazdą, Scarlett gra postać, która niby jest ważna, ale jest kompletnie nijaka, mdła i nieciekawa, przez co bardziej widać odmienność głównej bohaterki. To film o tym, jak trudno jest być dziwakiem, freakiem, niezrozumianym przez świat, którego się samemu nie rozumie. Warto, zostaje na długo.

W kolejce „Człowiek z rentgenem w oczach” (DKF w Muranowie – Najgorsze filmy świata) i nowy film dla dzieci, który zapowiada się o wiele lepiej niż te nieszczęsne robaczki, czyli „Czarodziejka Lili: smok i magiczna księga”.

Tymczasem idę spać, jutro nowa rundka łykania – tego leku, ketonalu, żeby głowa nie bolała, asparginu, na skutki stresu, cerutinu na uzupełnianie braków witaminy C i na nieprzeziębianie się, wapna na paskudną obecnie wodę w kranach, i tak dalej… Czuję się chwilami jak Adaś Miauczyński. Do tego pracuję też chwilowo z domu, bo przedszkole Młodej było uprzejme się zamknąć w związku z zagrożeniem powodzą.

*Jean-Paul Sartre „Mdłości”

Dwa diametralnie różne wieczory

Dostałam od kolegi wejściówkę dla dwóch osób do klubu „Maska” na „Ladies night”. Darmowe drinki, pokaz tańca, takie tam. Jasne, idę. Zgarnęłam Lucę, poszłyśmy i wynudziłyśmy się okropnie. Towarzystwo w klubie sztywne, wylansowane panienki, drętwi faceci, muzyka beznadziejna, darmowych drinków nie uświadczyłyśmy, po półtorej godzinie wyszłyśmy z lekkim niesmakiem. Jedyne, co było tam fajne, to pokaz Diora sprzed lat, który leciał na telewizorze z Fashion TV. I powrót, kiedy to przed metrem Centrum Luca kupiła mi bukiecik konwalii, zaśpiewał słowik, przez chwilę zrobiło się magicznie.

Za to następna noc, to Noc Muzeów. Niby nie planowałam wzięcia udziału, ale jak zobaczyłam, że Re:Praga, na którą się wybieram, to część tego, to zapisałam sobie kilka innych adresów. Zapuściłam sobie zapętlony kawałek Davida Guetty i ruszyłam w miasto. Najpierw koncert L.U.C.a w Centrum Edukacyjnym IPN przy Marszałkowskiej – bardzo zacne. Potem pojechałam do Muzeum Etnograficznego, gdzie najpierw opisałam swój sen i dorzuciłam do interaktywnej wystawy „Sennik: dekoder snów”, a potem dość nieufnie weszłam na „Ludowe obrzędy doroczne” – nazwa brzmiała nudno, ale wystawa okazała się świetna, wielkie słomiane niedźwiedzie zapustne, kolorowe Marzanny, maski diabłów…

Stamtąd chciałam iść do Zachęty, ale dowiedziałam się, że jest długa kolejka, więc wskoczyłam w autobus, dojechałam do ronda De Gaulle’a, tam napadłam na Empik Cafe, z kawą wsiadłam do tramwaju, którym jechali znajomi, pojechaliśmy na Pragę, do fabryki wódek „Koneser” na imprezę Re:Praga.  A tam był wielki plac, a na nim mnóstwo kontenerów, w każdym co innego – mini kino, podwodny świat, drinki, muzyka, kolorowe kwiaty, wiatraczki, stał też samolot, był labirynt, na ścianie kamienicy filmy z rzutnika, kolorowe lampki choinkowe, „polowy ośrodek pomocy wszelakiej”, z wielkim pluszowym królikiem przytulającym wszystkich, leżaki na środku placu. Ogólnie jedna wielka impreza z bardzo pozytywnym klimatem. Spotkaliśmy innych znajomych, mieliśmy iść na domówkę do jednej dziewczyny, ale ostatecznie grupa okazała się tak niezorganizowana i powolna, że na przystanku się odłączyliśmy i wskoczyliśmy w ostatni muzealny tramwaj na lewą stronę Warszawy. Tramwaj był wspaniały, na początku przywitał nas konduktor, dał bilety, ruszyliśmy, to z głośników popłynęły stare warszawskie piosenki, przerywane komunikatami konduktora, żebyśmy się ścieśnili, bo sporo ludzi będzie wsiadać, albo żeby dziewczyny uważały na obcasy, bo w drewnianej podłodze tramwaju są szpary :)

Był straszny tłok, było bardzo wesoło, beztrosko i nastrojowo. Wysiadłam na Bankowym i metrem wróciłam do domu. Z zaplanowanych 6 rzeczy zwiedziłam połowę, spodziewałam się tego, więc nie żałuję. Świetna zabawa, za rok poproszę to samo.
Tu więcej zdjęć i tu jeszcze relacja TVN Warszawa, z moim zdjęciem ;)