Zabawa w literki
Wymyśliłam sobie, że coś sprawdzę. Ci z Was, którzy używają przeglądarki Firefox (a wiele Was jest, wynika mi ze statystyk na blogu) wiedzą pewnie, że po pewnym czasie wystarczy w pasek adresu wpisać jedną literkę, a od razu wyskakują propozycje najczęściej używanych stron, w których adresie ta literka występuje. I oto wymyśliłam sobie, że sprawdzę sobie, co pod poszczególnymi literkami mi wyskakuje na pierwszym miejscu – ot, tak, zobaczyć jakie to ja strony najczęściej odwiedzam z domu.
No to po kolei.
A: allegro (aż dziwne, bo ostatnio częściej używam sklepu a.pl, który znalazł się na drugim miejscu, ale rozumiem że FF liczy od samego początku korzystania, a nie w ostatnim czasie)
B: blip
C: citibank
D: da grasso (pizzeria z dowozem do domu)
E: empik
F: facebook
G: google
H: house -strona fanów serialu
I: intymna (sklep z bielizną)
J: jednodrzewo (mój stary fotoblog, już nieużywany)
K: krolowanocy.bzzz.pl
L: luca (tzn jej blog główny)
M: małocyckowe (blog mój, Luki i Bluszczyka o bieliźnie)
N: nasza-klasa
O: onet
P: poczta (moja służbowa)
R: yyy, eeee, tego… nie powiem ;)
S: blipowa sekretarka
T: tvn24
U: też blip
W: wrzuta
Z: zrzuta
Ktoś podejmie zabawę u siebie? :)
Eksperyment kulinarny nr 2 czyli makaron z sosem serowym
Od dawna mnie kusił ten przepis. Kusił, kusił, jednak bałam się bardzo tego sera z niebieską pleśnią, bardzo długo się przekonywałam do spróbowania choćby niewinnego camemberta w stylu serka “Sekret mnicha”, a co dopiero takiego czegoś. Wreszcie kupiłam trójkącik Lazura, zerkając co chwilę na laptopa z otwartym przepisem sporządziłam potrawę, ostrożnie spróbowałam… i pożarłam ze smakiem. Moja dwuletnia córka zwabiona zapachem przyszła i wysępiła trochę i również była bardzo zadowolona.
Rozpisywać się nie będę – przepis u Alquany, warto zrobić.
Ja użyłam serka topionego z czosnkiem, taki akurat miałam, on również odrobinę smaku dodał. Śmietanę wzięłam 10%, też dlatego że tylko taka była “na stanie”. Nie miałam problemu z groźbą przypalenia się sosu, może przez to, że zrobiłam go w takim sprytnym rondelku z Ikei, zrobionego z aluminium pokrytego teflonem, w którym trudno cokolwiek przypalić, za to wszystko się bardzo ładnie i powoli topi. Sosik rzeczywiście rewelacyjnie oblepia makaron, nic nie kapie przy jedzeniu, a poza tym, jest to niesamowicie sycące, zjadłam małą porcję, z której jeszcze część mi podjadła córka, a najadłam się po uszy.
Bardzo polecam, szybkie i smaczne.
Ekodebilizm
Natrafiam ostatnio w sieci na rozmaite ekologiczne wymysły i sama nie wiem czy śmiać się, czy płakać, czy pukać w czoło. Względnie zrobić facepalm. Dla niektórych troska o środowisko stała się jakąś chorą, fanatyczną obsesją, zmierzającą do tego, żeby jak najbardziej odmienić życie ludzi i pozbawić je wielu praktycznych rzeczy, które tak je ułatwiają. Pominę energooszczędne żarówki, których z całego serca nienawidzę, z wielu powodów. Pominę nawoływania do segregacji śmieci, którą owszem, można sobie w domu robić, ale co z tego, skoro w promieniu kilometra od domu nie ma żadnych pojemników na te posegregowane śmieci, a zsyp w bloku również ma jedną dziurę. Pominę też pomysł oddawania moczu pod prysznicem, gdy ktoś nie ma prysznica zapewne miałby sikać do wanny, a pomysł brania kąpieli w wannie, do której się regularnie siusia wydaje mi się dość obrzydliwy.
Ale o to mamy “ekologiczne podpaski i tampony”. Ekologiczne – czyli wielorazowe. Takie oto. Śliczne! Kolorowe! Przyjemne w dotyku. Uhm, jasne. Po pierwsze doskonale widoczne pod obcisłymi spodniami. Po drugie, wymagają ciągłego prania, a krew, jak wiadomo, spiera się dobrze tylko w zimnej wodzie. Po trzecie, w przypadku chęci zmiany takiej podpaski, zużyty wkład trzeba wyjąć i gdzieś przechować do czasu możliwości uprania – twórca tego wynalazku radośnie proponuje “nieprzemakalna saszetkę zamykaną na suwak i podzieloną na przegródki, dzięki którym można w niej przechowywać jednocześnie nie używane i używane podpaski.” Jeżeli jesteś poza domem, możesz zbierać zużyte podpaski z całego dnia do saszetki – pisze dalej. Wyobrażacie sobie chodzić cały dzień z saszetką z zakrwawionymi kawałkami materiału w torebce? A weź to potem wieczorem dopierz, często przecież bywa tak, że po 8 godzinach pracy gdzieś jedziemy, mamy jakieś spotkanie, zajęcia, zakupy do zrobienia i w efekcie w domu jesteśmy dopiero późnym wieczorem. Z pewnością każda zmęczona pracą (i miesiączką!) kobieta marzy wtedy o praniu ręcznym. Jedna z użytkowniczek tego wynalazku pisze zresztą “świetne, używam od roku, mają tylko jeden minus – nie dopierają się” (wybielaczy i wszelkich odplamiaczy nie wolno używać, bo to oczywiście nieekologiczne). Wspaniały wynalazek, nieprawdaż?
Dla pragnących jeszcze większej wygody, naszykowano “kubeczek menstruacyjny” - wielorazowy, ekologiczny tampon, wykonany ze specjalnego, medycznego silikonu, który jest hypoalergiczny. Wkładasz go na miejsce, gdy się napełni wyjmujesz, myjesz, wkładasz z powrotem… I tak nawet przez 10 lat, bo wg producenta tyle właśnie wytrzymuje. Ciekawe, skąd wg producenta kobieta ma wiedzieć, że już czas taki kubeczek wymienić, zawsze mi się wydawało, że tampony po to wymyślono, żeby nie musieć w ogóle pamiętać o tym, że coś tam z ciebie wycieka. Oraz jak umyć kubeczek, gdy w kabinie jest tylko sedes, a umywalki są ogólnodostępne, już widzę kobietę, która radośnie wyjdzie z takim zakrwawionym kubeczkiem przed sobą, umyje go w umywalce przy asyście zdumionych kobiet przy sąsiednich umywalkach, a potem wróci do kabiny, żeby kubeczek założyć ponownie, po czym jeszcze raz pójdzie umyć ręce. Praktyczne, nie ma co, jakaż oszczędność czasu.
Ale, ale, jeśli miesiączka to taka uciążliwa rzecz, to może w ogóle jej się pozbyć? I nie, nie zachodząc co chwilę w ciążę, tylko stosując odpowiednią dietę. W tym tekście najpierw autorka przedstawia miesiączkę jako “przygnębiające doświadczenie”, dni pełne “niedyspozycji, dyskomfortu i bólu”, “poczucie klątwy”, twierdzi nawet, że to rzecz “ani naturalna ani zdrowa”. I zaraz proponuje cudowną dietę, która całkowicie eliminuje tą straszną rzecz z życia kobiety. Trzeba otóż przestać jeść “produkty pochodzenia zwierzęcego t.j. mięso, ryby, artykuły mleczne, jajka oraz przetworzone produkty roślinne t.j. rafinowane węglowodany typu biała mąka, biały cukier, ponad to sól. Trzeba również znacząco ograniczyć spożywanie pieczywa oraz przetworzonych olejów włącznie z olejami roślinnymi.” De facto proponuje przejście na dietę witariańską (czyli same surowe owoce i warzywa). No tak, to już dawno zostało naukowo potwierdzone, że gwałtowne odchudzanie się i niedożywienie powoduje zanim miesiączki. Baaardzo zdrowo, bardzo. Jakkolwiek jeszcze straszniejsze jest to przedstawianie miesiączki jako “klątwy”, której każdy się chce pozbyć. Jasne, miesiączka nie jest może najprzyjemniejszą rzeczą, ale imo jest tak nieodwracalnie związana z kobiecością, że czułabym się bardzo nieswojo nie mając jej. No i ciekawe jak niby wcześnie podejrzewać ciążę, gdy się nie miesiączkuje na stałe.
I tak dalej, i tak dalej, skupiłam się tutaj tylko na wymysłach dotyczących miesiączki, ale jest tego znacznie więcej, ekologiczne kuleczki ceramiczne do prania (bo detergenty przecież wynaleziono tylko po to, żeby zbijać na tym kasę, do prania wystarczy sama woda), pomysł niekupowania ubrań przez pół roku (szczególnie przy małych dzieciach wykonalne…), używanie cytryny, octu i sody do sprzątania, wielorazowe kubeczki papierowe od picia (po poprzedniej osobie oddziera się tylko pasek kubka z góry).
Coraz więcej pomysłów “z kosmosu”, coraz bardziej przekonujących normalnych ludzi, że ekologowie to grupka oszołomów z idiotycznymi pomysłami. A gdzie się podziały zwyczajne porady, żeby zakręcać kran, jak się myje zęby czy gasić światło wychodząc z pomieszczenia? Przypuszczam, że większość ludzi tego nie robi. Tak samo jak nie będzie używać podpasek wielorazowych.
Eksperyment kulinarny nr 1 czyli chiński kurczak
czyli jak ugotować obiad i obejrzeć 4 odcinki serialu w tym samym czasie.
Nie lubię gotować. Oraz nie umiem. W ciągu tygodnia błogosławię a) opiekunkę córki, która jej gotuje obiady b) przedszkole syna, w którym je on obiady c) stołówkę w pra… no dobra, bądźmy uczciwi, stołówki w pracy nie błogosławię, w tygodniu odzwyczaiłam się od obiadów. No ale jakbym była zdesperowana, żeby w firmie coś poza śniadaniem zjeść, to mam sushi koło stołówki.
W weekendy jednakże nikt nas nie karmi i muszę wziąć sprawy we własne ręce. Tym razem wzięłam w ręce pierś kurczaka, dla której był to zdecydowanie ostatni dzień, w którym mogła zostać spożyta. Pokroiłam kurczaka w kostkę, posypałam hojnie solą, pieprzem oraz mieszanką przypraw do kuchni chińskiej Kamisu. Zostawiłam tak i poszłam oglądać powtórki “Na Wspólnej”. W przerwie na reklamy, czyli po godzinie, wrzuciłam na rozgrzany na patelni olej z pestek słonecznika 3 ząbki czosnku pokrojone w paseczki. Gdy w kuchni zaczęło pięknie pachnieć, a zanim czosnek się zrobił brązowy, dorzuciłam mięso i przesmażyłam na ostrym ogniu. W tym czasie napadłam na lodówkę, wywlokłam z niej żółtą paprykę i pokrojoną w paseczki wrzuciłam na patelnię, dorzuciłam też około pół paczki mrożonego zielonego groszku i podlałam to niewielką ilością sosu sojowego. Przemieszałam, zastanowiłam się, zanurkowałam znów w lodówce i wygrzebałam pojemniczek z tajemniczym czymś, co któregoś dnia przyniesiono mi do domu razem z sushi. Nie mam pojęcia, co to było, bardzo słodkie i bardzo ostre jednocześnie, mające formę galaretowatą, z czerwonymi strzępkami czegoś jak papryka w tym. Dodałam na patelnię, wrzuciłam jeszcze kilka plasterków marchewki i parę małych cebulek – resztka słoiczka z piklami warzywnymi firmy Rolnik, potem dokroiłam jeszcze niedużą zwyczajną cebulę, podlałam wszystko sokiem jabłkowym, przemieszałam, przykryłam i zaczęłam dusić na maluteńkim ogniu. Obejrzałam 2 pozostałe po przerwie odcinki “Na Wspólnej”, przyszłam, podusiłam jeszcze chwilę bez pokrywki, żeby większość płynu wyparowała i zjedliśmy.
Było ciekawe. Mięso kruche, ale soczyste. Smak całości słodki z ostrą nutą. Sycące, rozgrzewające danie. Nawet nie wiem co sprawiło, że było dość słodkie – to czerwone “coś”? Żółta papryka? Przyprawa do kurczaka? W każdym razie proste, mało wymagające i dobre. Z cebulek marynowanych mogłam zrezygnować, doszłam do wniosku jedząc, trochę były z innej bajki i bez nich też byłoby dobre.
Erystyka to niełatwa rzecz
Znalazłam dzisiaj na pewnym blogu “katolickiego stylisty” wpis o sztuce nakrywania do stołu. Traktował on poważnie o obrusie, kolejności kładzenia na stole poszczególnych elementów nakrycia, tudzież zasadach podawania cukru. I na samym końcu tego poważnego wpisu znalazło się zdanie “Dawniej za nabranie cukru własną łyżeczką od filiżanki obcinano rękę”. Sprowokowało mnie ono do zadania autorce pytania, skąd taką wiedzę posiada. Najpierw dostałam wymijającą odpowiedź, że to i tak pikuś, w porównaniu z tym, co opisał ktoś na innym blogu, jak to w chilijskich więzieniach psy gwałciły kobiety. Hm. Dość drastyczne porównanie, niemniej drążyłam dalej – skąd takie stwierdzenie. Autorka spytawszy czy link do Wikipedii mnie zadowoli, następnie wyznała, że żeby taki link mi podać, musiałaby wpierw taką treść w Wikipedii zamieścić. Po czym wyjaśniła: “a z tego, co widzę, to w Wikipedii można wszystko napisać :)))” Cóż, wydaje mi się, że to pewne niezrozumienie idei Wikipedii – teoretycznie można, tak, ale jak tylko zauważy to ktoś z licznej rzeszy osób przeglądających i weryfikujących treści w tej encyklopedii, to taka “rewelacja” błyskawicznie zniknie stamtąd, to po pierwsze. Po drugie takie działania, jak wpisywanie do ENCYKLOPEDII głupot jest wielce niestosowne i utrudniające pracę innym. Szkodzące ogółowi internautów. Ale pominęłam to i napisałam tylko, że w takim razie, skoro to tylko wymysł autorki, to nierzetelnym jest opisywanie tego w sposób, jakby to była prawda. Na to usłyszałam zarzut o braku poczuciu humoru i nieumiejętności rozpoznania żartu.
Hm, mam spore poczucie humoru, ale takie zdanie nijak nie wygląda na żart, gdyby przeczytał to ktoś młodszy i mniej wiedzący o świecie mógłby spokojnie uznać to za prawdę, skoro za kradzież ucinano rękę, to może i za nietakt przy stole, kto wie. Zupełnie inaczej by to wyglądało, a żart byłby czytelny, gdyby autorka napisała “szkoda, że nie obcina się ręki za nabieranie cukru własną łyżeczką”. I tak mało wyrafinowany to humor, ale przynajmniej nie udawało by to prawdziwego stwierdzenia.
Ale i to nie koniec – dalej próbowałam dyskutować o tym, czemu właściwie kwestia obrusa na stole przy każdym posiłku jest tak ważna i czy rzeczywiście próbuje się tu powiedzieć, że dom, w którym takie zjawisko nie występuje jest niekulturalny – i niestety okazało się, że w sytuacjach kiedy ktoś nie popiera w pełni jej tez, autorka totalnie się wykłada. Nie potrafi rzeczowo, konkretnie kontrargumentować, tylko albo atakuje adwersarza “nie masz polotu, emocjonalnie odbierasz moje wpisy, już ci chyba wystarczy lektury mojego bloga” albo ignoruje głosy krytyczne.
I wiecie co? Bardzo się rozczarowałam. Trafiłam na osobę wygłaszającą bardzo “mocne”, stanowcze tezy, głoszącą dość radykalne podejście i miałam nadzieję na żywą dyskusję, w której będę mogła szerzej poznać punkt widzenia tej drugiej osoby. Bo to jest ciekawe, rozwijające, przyjemne. A tu guzik. Kategoryczne stwierdzenie “obrus jest ważny”, ale już rozwinięcie tej tezy, wytłumaczenie dlaczego i próba zachęcenia kogoś do spróbowania takiego sposobu podawania obiadów zawsze przerasta autorkę. Te wpisy nie są pisane po to, by kogokolwiek zachęcić do takich zachowań, jakie autorka uważa za słuszne – nie, one są po to by pochwalić tych, którzy się stosują, oraz kategorycznie potępić tych, co tego nie robią. A to żadna metoda motywacji dla większości z nas.
Owszem, w pewnym momencie dyskucji w komentarzach ktoś napisał że to wcale nie chodzi o obrus, tylko o to, że “stopniowo uznajac coraz wiecej rzeczy za niewazne i lekcewazac badz eliminujac je z zycia mozna doprowadzic do jego bylejakosci.” I świetnie, to jest bardzo dobry argument i wyjaśnia wszystko oraz ja osobiście z tą tezą się jak najbardziej zgadzam. Tylko że to nie było wyjaśnienie autorki. Ją było stać jedynie na rzucenie zarzutu lenistwa i braku kultury u osób, które tego nieszczęsnego obrusa na co dzień nie używają.
Szkoda. Nie sztuka głosić swoje poglądy, trzeba umieć też ich bronić. Oraz spokojnie przyjmować krytykę.
Kłody pod nogi
Czasem zdarza się taki dzień, albo i cały tydzień, że ciągle coś źle. Zaczęło się w poniedziałek. Niby miałam dzień wolny, ale w związku z tym zaplanowałam sporo rzeczy, których nie miałabym szans zrobić, gdybym pracowała. Wyrobić Kartę Miejską ze zdjęciem. Iść na pocztę. Do szewca. I tak dalej.
Zaczęło się od tego, że zabrakło wody. Potem zrobiłam zdjęcia, pojechałam z nimi do punktu MZK w metrze Centrum, gdzie się okazało, że awaria systemu i kartę można wyrobić tylko na Senatorskiej. Pojechałam tamże, wyrobiłam. Potem miałam do załatwienia pewną sprawę z eksem w salonie Orange. Przyszliśmy tam o 13.00, przed nami było w kolejce 14 osób, nasz numerem został wywołany o 15.20. Aż nie chce się komentować. Wróciłam do domu, złapałam dwa wielkie pudła, poszłam na pocztę je wysłać. Po 5 minutach okazało się że awaria systemu i nikt nic nie załatwi…
Następnego dnia dostałam telefon z przychodni, że wizyta córki u lekarza specjalisty i tak odległa w czasie z powodu urlopu lekarza musi zostać przełożona o jeszcze 2 tygodnie, bo pan sobie przedłużył urlop.
Wieczorem rozłożyłam sofę, żeby się z ulgą położyć i się zepsuła. Reklamację trzeba złożyć osobiście, a salon meblowy, gdzie była zamawiana jest na końcu świata.
Córka się pochorowała. Zrobiła mi się dziura w rękawiczce. Sama mam katar i pokasłuję. Kołorkerka wyjechała i mam dużo więcej roboty. Życie towarzyskie mi niemal zamarło, bo opiekunka do dzieci w Pradze. Google Buzz zaciąga mi jakieś stare wpisy ze stron, które mu dodam, a nie te aktualne.
Do końca tygodnia jeszcze 3 dni. Nie spodziewam się już, że któryś przejdzie mi ulgowo, bez co najmniej jednego złego zdarzenia.
Było warto
Znów piosenka przemówi częściowo w moim imieniu, trudno, muzyka to moje życie.
Było warto. I nie żałuję. Było kolorowo i było niekolorowo. Spodziewałam się końca, nie spodziewałam się że będzie taki bez klasy z jego strony. Ale to z jego strony. Ja byłam w porządku. I warto było szaleć, spalać się , kochać aż do bólu. Skończyło się, cóż, coś się kończy, coś się zaczyna, trochę się powściekałam, trochę popłakałam, teraz uśmiechnę się do swoich myśli i powiem sobie: WARTO BYŁO. Ależ ja teraz jestem silna. Jestem silna, dzielna, ładna i mądra. Mogę wpakować się w idiotyczny związek bez przyszłości, bo nawet jak on się dramatycznie skończy, wyjdę z niego silniejsza i bogatsza. Bo znam swoją wartość. Bo wiem, co robię.
I uwierzcie, jeszcze rok temu nie umiałabym tak napisać.
Nie wiem, skąd to się bierze. Z tego, że moje dzieci mnie kochają i rosną na świetnych ludzi, co dowodzi, że jestem dobrą matką. Z tego, że mam wokół siebie przyjaciół, którzy mnie wspierają. Z tego, że umiem się podnieść, chodzić wciąż z podniesioną głową, żyć dalej. Że normalnie chodzę do pracy, robiąc to, co do mnie należy. Że patrzę w lustro i widzę młodą kobietę, przed którą jest wciąż wiele i z tym wszystkim sobie poradzi.
Życzę Wam wszystkim, żebyście też tak mieli. Dziękuję moim przyjaciołom, obecnym i tym, którzy mogą się nimi stać, za to, że są.
Wróci wiosna, baronowo i będziemy znów szaleć. I nie żałujmy tego. Warto. Jeżeli potem można spojrzeć w swoje oczy w lustrze i czuć się dobrze, to było warto. Wszystko warto.
Life’s still great.
I will hold my head high
Wstałam dzisiaj jak zwykle, ubrałam się, starannie umalowałam, poszłam do pracy. Wzorem Bree Van De Camp, z jednego bardzo przeze mnie lubianych seriali “Desperate Housewives”, wyobraziłam sobie puste pudełko. A następnie włożyłam do niego swoje uczucia związane z wczorajszymi wydarzeniami, zamknęłam pudełko i schowałam do dużej, pustej szafy. I tam zostanie, do momentu, kiedy nie zdecyduję się go otworzyć i rozprawić się z zawartością. Tymczasem zachowałam spokój. Jak dama.
Czyż niektóre seriale nie są pouczające i rozwijające nas?
–
Bo nawet jeśli jest źle
To jeśli tą złą wiadomość odbierzesz w odpowiednim momencie – otoczona przyjaciółmi, którzy podadzą ramię do wypłakania się, szklaneczkę martini, chusteczkę do wytarcia okularów – to z nimi i ze swoją zajebistością i siłą wszystko będzie znośne. I podniesiesz głowę, wsiądziesz do taksówki, spokojnie pojedziesz do domu. Bo czemu masz zalewać się łzami, jęczeć i umierać? Life goes on, a co cię nie zabije, to cię wzmocni.
Luce i Kainowi, Izu, Merigold – wielkie dzięki. Kocham was.
A temu, co mi złą wiadomość przysłał:
Torebka kobiety – tajemnica, której wciąż nie mogę zgłębić *
Parę dni temu, z okazji Międzynarodowego Dnia Sprzątania Biurka pisaliśmy sobie na blipie #comasznabiurku. Następnego dnia, zrobiłam sobie porządek na biurku, a idąc za ciosem, postanowiłam przeprowadzić to samo z moją torebką. A jako że mam teraz nową, duuuużą torebkę, to, co tam znalazłam, nawet mnie zaskoczyło. Postanowiłam to uwiecznić. Oto, co ma (czasami) w torebce dwudziestoparoletnia kobieta: (kolejność przypadkowa)
1. książka Sapkowskiego “Krew elfów”
2. kalendarzyk na 2009 rok
3. szczotka do włosów
4. opakowanie Apapu
5. opakowanie Strepsils Intensive
6. puder Lancome
7. biały puder Shiseido
8. korektor do twarzy
9. tampon
10. rękawiczki
11. faktura ze sklepu frisco.pl z ostatnimi zakupami
12. paczka chusteczek do nosa
13. kółko od składanej wyścigówki mojego syna
14. pilniczek do paznokci
15. atomizer z perfumami Miracle Lancome
16. 2 saszetki brązowego cukru z Coffe Heaven
17. iPod
18. identyfikator korpo
19. saszetka Gripexu
20. guma do żucia
21. kosmetyczka, a w niej:
22. perfumy Very Irresistible Givenchy
23. podkład Diorskin Nude
24. podwójne cienie do oczu Fred Farrugia
25. próbka kremu nawilżającego do twarzy Clarins
26. balsam ochronny do ust
27. atomizer z perfumami Organza Givenchy
28. błyszczyk do ust Lancome
29. odświeżacz do ust
(koniec zawartości kosmetyczki)
30. papierosy
31. zapalniczka
32. spora ilość paragonów ze sklepów, potwierdzeń zapłacenia kartą, numerek z poczty
33. podpaska
34. portfel
35. klucze do mieszkania
Uff. Wszystko szczerze.
Jakby próbować mnie opisać na podstawie tej listy, wyszłoby chyba, że jestem bardzo próżną lekomanką ;)
Oraz można się domyślić, jakie są dwie moje ulubione marki kosmetyczne. Jednakże po dzisiejszych porządkach oczywiście nie wszystko wróciło do tej torebki
* tytuł to fragment piosenki zespołu Pod Budą “Damska torebka”
