Wpisy z lip 2009

jestem kobietą?

Ok, wygląda to tak:
Wydaję więcej pieniędzy na  komputery i akcesoria do nich niż na kosmetyki i ciuchy
Idę z chłopakiem przez Empik i to ja, a nie on zatrzymuję się przy grach komputerowych
Podniecają mnie taki filmy jak ten:

Lubię też czasem obejrzeć mecz
I jestem do bólu szczera, wolę proste rozwiązania problemów i bardziej niż z kwiatka cieszę się z modemu przenośnego na prezent.
Coś  ze mną nie tak?

panem et circenses

Obserwowanie statusów na blipie oznaczonych tagiem #kdt, nasuwało mi myśl o meczu piłkarskim. Siedzieliśmy sobie w biurach i obserwowaliśmy „bitwę o Kupieckie Domy Towarowe” jak dobre przedstawienie. Takie trochę… nierealne. Obok. Inny Matrix.
A przecież  ten pot, krew i łzy były prawdziwe. Były, prawda?

I stanie się tak

Tension builds under the surface and quite suddenly snaps in a series of violent vibrations. Wherever your fault lines are found, so is destruction. The very shock of your tremblings will bring a city to its knees, reduced to nothing but rubble!*

*opis testu z Facebooka „What Natural Disaster Are You?

w sumie to suplement

do poprzedniego wpisu
know

generator problemów

[14:30] krolowanocy: kurwa
[14:30] krolowanocy: opoznia sie to kolegium
[14:30] krolowanocy: a do mnie znowu przychodzi helpdesk
[14:30] krolowanocy: bo mi nic nie dziala
[14:31] bler: to jest nieprawdopodobne
[14:31] bler: kurwa, ja na ich miejscu bym cie juz dawno pod tramwaj wepchnal
[14:31] Porzeczek: zdecydowanie.
[14:31] Porzeczek: nie ma takich ludzi.
[14:31] bler: nikt nie moze miec az tylu problemow

He he. Zgadzam się. Też bym na „ich” miejscu wepchnęła siebie pod tramwaj. Tymczasem ani nie uciekają  z krzykiem, ani nie plują z obrzydzeniem na mój widok, podziwiam cierpliwość. A problemy mam ciągle i coraz to dziwniejsze. Pewnym pocieszeniem była stażystka, która dzisiaj dzwoniła do helpdesku w sprawie „niewidzialnej myszki”. (Ha, nie tylko ja, nie tylko ja!)
O dziwo, przy tych wszystkich problemach, niezorganizowaniu, roztrzepaniu, itd., wydaje się że sporo ludzi z pracy mnie lubi. Nie z pracy też. Ale, jak twierdzi Datrio, może to tylko chodzi o cycki? ;P

powroty do życia

Impreza. Drinki, arbuz, chipsy, muzyka,  ludzie, zdjęcia, lód, papierosy, rozmowy, zabawy, normalka. A rano „ooooo umieram, moja głowa, czemu ja piłam tyle tego mojito, auauauauauaua”. Też normalka w sumie.
Sen, prysznic, Alka Seltzer, ogarniam się jakoś, wychodzę, wracam do domu. Głowa już nie boli, kupuję kawę w Coffe Heaven, potem w kiosku kupuję Politykę i Pressa, manewruję  jakoś kawą, portfelem, torebką, parasolką, słuchawkami od ajpoda i przewieszoną przez rękę kurteczką.
Potem biorę pieniądze z bankomatu manewrując jakoś kartą, portfelem, kawą… etc (a nigdzie przy bankomacie żadnej półeczki, żeby chociaż tę kawę odstawić). I jeszcze wchodzę do innego sklepu po colę.
Jadę autobusem, blipuję z komórki, nie robię missblipów, czytam wywiad z Korwin-Piotrowską, piję kawę, potem colę, słucham muzyki. Czuję się już dobrze, fizycznie nic mi nie dolega, wykonałam tyle skomplikowanych czynności i się w niczym nie pomyliłam, uznaję że jestem już w normalnej kondycji fizycznej i psychicznej. I wtedy wstępuję jeszcze do sklepu pod domem po chleb i wychodząc grzecznie i uprzejmie mówię do drzwi „przepraszam”żeby je otworzyć…
Zwątpiłam w tą dobrą kondycję psychiczną.

stopniowanie

K:  tak trochę się zakochałam
B: trochę bardzo się zakochałaś
K: eee. no może. no tak, no dobrze, masz rację, trochę bardzo.

It’s been a hard days night

Zauważam dziwną prawidłowość. Ilekroć mam na sobie koszulkę z napisem <geek> , to wszystko, co komputerowe, a czego się dotknę, się pieprzy. Już drugi raz mam j na sobie i powyższa zasada działa.  Byłam dziś zmuszona zawracać głowę tabunom ludzi (do redakcji przychodziły „hordy mediamenedzerów” jak to określił kolega), bo ciągle mi coś nie działało. Zasadniczo jedyne, co związane z „powiedzmy-techniką”, co mi się udało, to kupienie biletu w automacie na stacji metra. Jedyne. Cała reszta – #ichuj. Jak działał jeden program, to Outlook nie, jak Outlook tak, to coś innego źle. I tak cały dzień.  Masakra.
Wróciłam do domu, weszłam do wanny z butelką wina, serkiem pleśniowym i ustawionym obok wanny mobilnym stolikiem. Otworzyłam wino, serek, na stoliku postawiłam laptopa, na którym przez wifi połączyłam się z komputerem w pokoju,  na którego dysku mam pierwszy sezon „House’a” i obejrzałam sobie 10 odcinek leżąc w wannie.
I to dość mocno zregenerowało mi siły życiowe :-)

metroseksualni

Pamiętam jak parę lat temu pojawił się ten termin. I było wielkie naśmiewanie.
Facet który używa więcej kosmetyków niż tylko woda po goleniu i dezodorant? I nie daj Boże chodzi do kosmetyczki albo robi manicure? Kuriozum.  Zniewieściały, gej, wymuskany laluś.
Teraz jakoś mówi się po prostu „zadbany facet”i nie jest już to obiektem kpin.
Niezależnie od frazeologii, powiem wam że taki facet jest fajny. Metroseksualny, gdy dama zapomni kremu do twarzy, pożyczy jej swój, doradzi jej fryzurę, pójdzie do Sephory powąchać perfumy, zabierze do spa, gdzie razem pochodzą na zabiegi. No. Czyż nie jest to urocze? :)

A co ciebie obchodzi, co myślą inni, czyli recenzje dwóch ksiażek

1.
Richard P. Feynman
„A co ciebie odchodzi, co myślą inni?” czyli Dalsze przygody ciekawego człowieka
Stąd podtytuł tego bloga oczywiście. Potrzebowałam książki do pociągu,  weszłam do Empiku, kupiłam, bo znane nazwisko („Feynmana Wykłady z Fizyki” od paru lat są na liście do przeczytania). Wciągające niesamowicie. Przeczytałam praktycznie całą w 3 godziny. Lekkie, szalenie  ciekawe, inteligentne, zabawne. Mniam. Wbrew notce wydawcy na okładce, najlepszy fragment to wcale  nie ten o Warszawie, jest wiele innych smakowitszych opowieści.
A skoro mówimy o smaku, to:

2. Sylwia Chutnik „Kieszonkowy atlas kobiet”
Kieszonkowy zaiste. Kupiony z tych samych powodów co Feynmann, przed inną podróżą. Co wspólnego ze smakiem? Niesmak. Pojawia się niestety bardzo często w czasie czytania. Detaliczny opis poronienia, samookaleczeń, szorowania kibla. Nie wiem, może ja jestem staroświecka, ale opisy „pęcherza z zarodkiem”, który jak „pierścionek z przezroczystym oczkiem” wypada spomiędzy nóg bohaterki nie wydają mi się literaturą wysokich lotów. Nie spodziewałam się zresztą takowej, ale ta książka dla mnie jest tylko feministycznym bełkotem. Matki Polki, Gospodynie Domowe, Bazarówy – Królowe Ogniska Domowego.
„A Polska Matka, wiadomo, nie umiera ot  tak sobie, tlyko wstępuje do nieba. Normalnie bez biletu, na cwaniaka, siada na odkurzacz okrakiem i pędzi na samą górę. Tam przybija piątkę z Maryją i leci zmywać naczynia po ostatniej wieczerzy. A jeszcze grdera pod nosem /…/”
Ten fragment przeczytałam w księgarni, rozśmieszył mnie i postanowiłam kupić. Zabawne… jako ten jeden cytat. Niestety większość „atlasu” składa się z takich pełnych goryczy i frustracji wynurzeń.
A ja może dziwna jestem, ale uważam że każdy jest kowalem własnego losu i skoro ktoś  tkwi w danej robi, to widać się w niej spełnia. I literatura zaangażowana pokazująca jak biedne są kobiety w tym patriarchalnym świecie do mnie nie przemawia. Gdybyż jeszcze forma była przystępna. Ale te opisy płodu… Sorry, nie da się. Brzydliwa nie jestem, mogę czytać o wypruwaniu flaków na policja.pl i jeść śniadanie, ale od literatury oczekuję czegoś więcej.