Wpisy z sie 2009

Blog Day 2009

Blog Day 2009

„BlogDay został stworzony w wierze, że blogerzy powinni mieć jeden taki dzień kiedy będą mogli poznać innych blogerów z innych krajów i innych kręgów zainteresowań. Tego dnia blogerzy polecają swoim czytelnikom inne blogi. 
W założeniu każdy bloger ma polecić swoim gościom 5 nowych bblogów. Tym sposobem każdy bloger będzie mógł, wędrując po linkach, odkryć nowe, nieznane dotych czas blogi.”

Onet.pl instruuje, że we wpisie na Blog Day 2009 należy też napisac, czemu się samemu zaczęło blogować, ale tu odpowiedź jest przecież banalnie prosta – jestem grafomanką, jak większość blogerów ;-)
Straciłam niedawno swojego ossobistego laptopa, a wraz z nim czytnik rss, dlatego muszę wyławiać linki z pamięci i przestrzeni googla, ech… No to po kolei:

1. Żomiks
Komiks, którego 80% odcinków zdecydowanie mnie „rusza”. Krótkie, wręcz lakoniczne teksty, 3 obrazki, a na ogół niosą bardzo głęboką treść i uniwersalne prawdy. Przy tym śmieszne, choć często to gorzki bardo śmiech. Niemniej – wielka przyjemność i wykrzykiwanie przy co drugim obrazku: „o, to o mnie!”

2. Roody102
Nie tylko dlatego, że kolega. Nie tylko dlatego, że Warszawiak, który też kocha to miasto. Bo ma świetne poczucie humoru oraz lekkie pióro, raz pisze o sprawach poważnych, innym razem krótka, humorystyczna notka, recenzje filmów, gier, dla każdego coś ciekawego. I nawet jak poważnie, to bez żadnego zadęcia.

3. Lapsus Lazuli
A tego to się nie da opisać, blog do pośmiania się. Li i jedynie, pomyłki, literówki i lapsusy językowe i genialne komentarze do nich.

4. The Sartorialist
Jak na ogół nie lubię tych wszystkich „szafiarskich blogów”, tak ten mnie od pierwszego spojrzenia czymś ujął. Nie wiem nawet czym – czy to zdjęcia, które oprócz ubrań na ludziach mają w sobie „coś”, czy to, że nie ma tam tylko młodych, wylansowanych ludzi w designerskich  ciuszkach, ale też osoby starsze., smutne, brzydkie… Naturalność. A jednocześnie zdjęcia mają w sobie pozytywną energię. Fajny.  Dopiero dwa dni temu przypadkiem kliknęłam w link prowadzący do niego i na pewno, jak już odzyskam czytnik rss, to dodam go sobie.

5. Białe nad czerwonym
Również nowość,  również nie miałam w czytniku, ale bardzo użyteczny blog o winie. Nazwa, cena, zdjęcie, bardzo obrazowy opis aromatu, smaku, mocy. Z pewnością będzie inspiracją do zakupów.

*suplement do pkt 4
dopiero po napisaniu tego wstukałam nazwę bloga w google, chcącc się o nim dowiedzieć czegoś więcej i wyczytałam że to „najbardziej prestiżowy blog o modzie ulicznej”. Hm. Gdybym przeczytała taki opis, to może bym nawet nie kliknęła w link, myśląc sobie „no tak, jakieś snobistyczne ą ę” A proszę. Tak, jestem profanką świata mody i dobrze mi z tym ;-)

literówka

[22:40] <krolowanocy> Do you like to diss ppl
[22:41] <krolowanocy> co to znaczy?
[22:41] <bler> pomnizac
[22:41] <krolowanocy> yy?
[22:41] <krolowanocy> ppl?
[22:42] <bler> people
[22:43] <krolowanocy> czyli czy lubisz miziac ludzi?!
[22:44] <bler> poniĹĽac!!!
[22:44] <krolowanocy> aaaaaa
[22:44] <krolowanocy> napisales „pomnizac”
[22:44] <krolowanocy> i przeczytalam to jako „pomiziac”
[22:44] <krolowanocy> :D
[22:45] <krolowanocy> lol
[22:45] <krolowanocy> moge to opisac na blogu?

[22:40] <krolowanocy> Do you like to diss ppl
[22:41] <krolowanocy> co to znaczy?
[22:41] <bler> pomnizac
[22:41] <krolowanocy> yy?
[22:41] <krolowanocy> ppl?
[22:42] <bler> people
[22:43] <krolowanocy> czyli czy lubisz miziac ludzi?!
[22:44] <bler> poniżac!!!
[22:44] <krolowanocy> aaaaaa
[22:44] <krolowanocy> napisales „pomnizac”
[22:44] <krolowanocy> i przeczytalam to jako „pomiziac”
[22:44] <krolowanocy> :D
[22:45] <krolowanocy> moge to opisac na blogu?

zaangażowanie

L: kupiłaś kolczyki z różyczkami?
K: mhm
L: nie no, ty to się naprawdę zaangażowałaś w ten związek

małe radości

W korpostołówce czekamy razem z kimś aż podejdzie do nas kucharz i będziemy mogli poprosić go o nałożenie leniwych. Jakoś tak czekamy w milczeniu cierpliwie. Podchodzi wreszcie i mówi że przecież trzeba wołać. Że on od razu podejdzie, ale trzeba dać znać. I że z niego żartowniś, to od razu dodaje:
- trzeba wołać, piszczeć, krzyczeć, pohukiwać…
- a miauczeć można? – pytam znienacka
- pewnie, maiuczeć też można!
No to patrzę na niego, żeby widział, że mam zamknięte usta, dyskretnie dotykam palcem ekranu iPone’a i rozlega się głośne, bardzo realistyczne: „miauuu”
Mina kucharza – bezcenna. Takie: „a a alle jak tooo?” wypisane na twarzy
- no przecież mówił pan że można miauczeć? – uśmiecham się niewinnie
- no tak, ale…
Dostrzega wreszcie leżącego na moejej tacy iPhone’a i pyta z pewną ulgą w głosie:
- telefon?
- tak
Wtedy wybucha śmiechem, ja jeszcze większym, do końca pracy mam ubaw z jego miny.
Przechodzę też po firmie z tym telefonem w ręku i znienacka miałczę w windzie, gdy z kimś jadę, koledze z biurka obok, gdy mijam kogoś na korytarzu…  Pręczej czy później każdy łapie, że to pewnie jakieś urządzenie, ale dźwięk jest tak realistyczny, że w pierwszej chwili  pojawia się zdziwienie „tu gdzieś jest kot??”

Tak na początek

Wyślij kosmitom swoje przesłanie:
Twórcy witryny Hello From Earth będą zbierać wiadomości od Ziemian, by przesłać je na planetę Gliese 581d, w nadziei na nawiązanie kontaktu z obcymi. Wiadomość może przesłać każdy, z każdego miejsca na Ziemi. Ale musi być krótka – mieć maksymalnie 160 znaków. /…/ Tamasin z Australii polecił to, co na Ziemi najlepsze. -

Jeśli przyjedziecie na Ziemię, poznajcie: muzykę, plażę, lody, rodzinę, miłość, uściski, taniec, ser, trampoliny, przyjaźń, książki i marzenia. To tak na początek.

Tak jakoś mi się to spodobało. Miłość, przyjaźń, marzenia – banały. Ale do tego trampolina, ser, lody… To jest żywe, od serca. Ciepłe takie. Gdybym była tymi kosmitami, chciałabym dostać takiego „sms-a”.

Królowa spotyka Królową

„Quicker than a ray of light” poruszała się 51-letnia Królowa Popu po scenie na warszawskim Bemowie. Dwugodzinny show robił wrażenie, choć nie wszyscy  się dobrze bawili. Czyżby to przez przesadnie długą przerwę między supportem, a właściwym koncertem?

Wygodne buty, komórka, bilet i dobre humory – wyruszamy. Dojeżdżamy szybko, potem przez chwilę patrzymy z lekkim popłochem  na straszny tłum, jednak wkrótce okazuje się, że ludzie są stłoczeni w wąskim przejściu, ale po 5 minutach wychodzi się na wielkie przestrzenne pole. Kontrola na bramkach jest bardzo łagodna, mi w ogóle nie zaglądają do torebki, koledze otwierają, rzucają okiem, ale nikt dokładnie nie sprawdza zawartości. Jedyną niedogodnością jest obowiązek wyrzucenia korków z butelek z napojami. Idziemy pod scenę, siedzimy na słoneczku, nastrój nieco piknikowy, dookoła ludzie z pizzą, piwem, colą.

O 19.30 zaczyna grać Paul Oakenfold. Pół godziny dynamicznej,  tanecznej muzyki rozgrzewa atmosferę. Ale artysta schodzi ze sceny i następuje nieznośnie długi moment czekania na właściwy koncert.  Przez kwadrans nawet nie puszczają z głośników żadnej muzyki, jest cisza, nic się nie dzieje, ludzie siadają, atmosfera klęsnie.
Dochodzi 21.00, według niektórych źródeł Madonna o tej godzinie miała się pojawić, więc wszyscy wyciągamy szyje, kilka fałszywych alarmów gdy przez scenę przemyka jakiś technik – zanim się orientujemy, że to nie Ona dostaje brawa, a fanki zaczynają piszczeć. Dziesięć po 21 zaczyna się już mocne zniecierpliwienie, ludzie wywołują piosenkarkę skandując jej pseudonim, wszyscy mają dość czekania.

Wreszcie 21.20 gasną światła, rozświetlają się ekrany dookoła i na scenie, pojawiają  się na nich wizalizacje, zapala się wielkie, różowe „M” po bokach estrady. Tłum wyciąga aparaty  fotograficzne, wszystkie oczy wpatrzone w scenę. 4 minuty migających obrazków i wreszcie jest! Wjeżdża na scenę na tronie, jak przystało na Królową Popu.   Burza loków,  czarny gorset, kabaretki i buty do kolan na niebotycznie wysokich obcasach. Koncert zaczyna się od „Candy Shop”, Madonna śpiewa i tańczy, wokół niej rewelacyjna grupa tancerzy. Po 3 piosenkach przerywnik, piosenkarka znika za kulisami, wraca w stroju małej dziewczynki w podkolanówkach w paski i czerwonej mini, skacze na skakance, wspina się po rurze, w kolejnych piosenkach wyciągnie gitarę, będzie kłaść się na scenie, skakać, biegać, brać udział w skomplikowanych układach tanecznych – kondycji można zdecydowanie jej zazdrościć.

Znienacka na scenę wychodzi Michael Jackson, tańczy, z głośników leci miks kilku utworów Jacko, a Madonna wspomina „wielkiego artystę”, tańczy ramię w ramię z tancerzem przebranym za Króla Popu. Dwie piosenki i znów znika za kulisami zmienić strój, przebiera się w trakcie całego koncertu co najmniej 6 razy i to w błyskawicznym tempie, chwilami ma też zmienioną fryzurę, jestem pełna podziwu dla ekipy, która to wszystko przygotowywała.

Połowa widzów śpiewa „Sto lat” , druga połowa „Happy Birthday”, ale białe serca podnoszą do góry wszyscy. No, prawie wszyscy, ale i tak moment celebrowania 51. urodzin gwiazdy jest  najbardziej jednoczącym. Bo niestety przez pierwszą godzinę publiczność jest dość sztywna, prawie nikt nie tańczy, nielicznie się delikatnie kołyszą, nawet takie hity jak ‘Music” czy „4 minutes” nie porywają tłumu. W drugiej godzinie jest trochę lepiej, ale i tak poza rozentuzjazmowaną grupą w Golden Circle mało kto wydaje się świetnie bawić. Ot, fajnie, ale gdy pół godziny przed końcem kilkanaście osób przeciska się przed tłum w stronę wyjścia zastanawiam się, czy to  tylko konieczność udania się do toalety, czy już wychodzą całkiem.

„Give it  to me!” prosi Madonna, jednak publiczność nie śpiewa z nią, tak głośno, jakby mogła. Muzyka milknie, na ekranach pojawia się wielkie „Game over”, Królowa znika, a widzowie robią natychmiastowe „w tył zwrot” i pośpiesznie opuszczają teren lotniska. Nikt nie domaga się bisów, nikt się nie ogląda, pośpieszna ewakuacja.
Wielki plus dla organizatorów za rozdawanie po koncercie wody mineralnej, wielki minus dla ZTM za brak obiecanych tramwajów kursujących co 5 minut. Autobusów też było jak na lekarstwo, wepchnięcie się do nich graniczyło z cudem. Wiele osób siedziało zrezygnowanych na chodnikach, na przystankach, inni ruszyli na piechotę, zdesperowani próbowali wezwać taksówkę, ale ich dojazd był utrudniony przez tłumy ciągnące ulicami.

Mimo tego, ja się bawiłam przednio, tak samo mój towarzysz. Powrót z koncertu był bardziej męczący niż skakanie i śpiewanie, ale nie żałuję niczego. Było świetnie uczestniczyć w koncercie, który się zdarza raz na wiele lat, zobaczyć te stroje, tancerzy, układy, niesamowitą kondycję Madonny

dream of fame

Śniło mi się że zaczynałam być sławna. Zaczynałam być celebrytką. I ktoś postanowił mi zaszkodzić i upublicznił nagrania z mojego mikrofonu. Śpiewałam bowiem sobie z piosenkami słuchanymi na iPodzie, kiedy prowadziłam korytarzami studia gwiazdy biorące udział w jakimś programie typu „Taniec z gwiazdami” (acz niekoniecznie to właśnie o ten  chodziło). Jak doszło do tego, że sama  zaczęłam być znana – nie wiem. W każdym razie ponieważ śpiewać nie umiem, to nagrania były na poziomie Mandaryny w Sopocie.
Ciekawy sen.

tik tak

Dramatycznie mało czasu, każda chwila życia wykorzystana do granic możliwości. Do Warszawy na parę godzin przyjeżdża B., umawiamy się, że pójdziemy na kawę,  co kończy się tym, że siedzimy w holu pod roślinkami i gadamy o tańcu i seksie. Odnoszę mały sukces w pracy, dostaję nagrodę, jest fajnie, ale następnego dnia jestem tak zmęczona, że nie chce mi się nic. Decyduję się znienacka iść na koncert Madonny, na wyjazd, całą resztę mam obrzydliwie zaplanowaną. Wstukuję do kalendarza, do komórki spotkania, pracę, kursy, urlopy znajomych, blipiwa, randki, zakupy. Potem siedzę zmęczona i nie mam siły podejść do piszczącego telefonu, żeby zameldować mu wykonanie zadania.
Byle do weekendu.