It’s been a hard days night

Zauważam dziwną prawidłowość. Ilekroć mam na sobie koszulkę z napisem <geek> , to wszystko, co komputerowe, a czego się dotknę, się pieprzy. Już drugi raz mam j na sobie i powyższa zasada działa.  Byłam dziś zmuszona zawracać głowę tabunom ludzi (do redakcji przychodziły „hordy mediamenedzerów” jak to określił kolega), bo ciągle mi coś nie działało. Zasadniczo jedyne, co związane z „powiedzmy-techniką”, co mi się udało, to kupienie biletu w automacie na stacji metra. Jedyne. Cała reszta – #ichuj. Jak działał jeden program, to Outlook nie, jak Outlook tak, to coś innego źle. I tak cały dzień.  Masakra.
Wróciłam do domu, weszłam do wanny z butelką wina, serkiem pleśniowym i ustawionym obok wanny mobilnym stolikiem. Otworzyłam wino, serek, na stoliku postawiłam laptopa, na którym przez wifi połączyłam się z komputerem w pokoju,  na którego dysku mam pierwszy sezon „House’a” i obejrzałam sobie 10 odcinek leżąc w wannie.
I to dość mocno zregenerowało mi siły życiowe :-)

1 komentarz do “It’s been a hard days night”

  • Ha! Wiedziałem, że kiedyś sobie kupisz ten stolik pod laptopa i że Ci się przyda. Trzymanie lapa na kolanach w wannie byłoby co prawda oryginalniejszym pomysłem…

    A ja ze swojej strony napiętnuję sól do kąpieli (bursztynową, w tym wypadku). Albo ja mam taką alergię, albo, pomimo wsypywania wręcz za dużych ilości, bardzo szybko przestaje pachnieć, najwyżej nierozpuszczone resztki uwierają w tyłek.

    Za to wspominany na blipie olejek daktylowo-śmietankowy pachnie ładnie i pieni się jak szalony. Dobra rzecz dla odprężenia, jak człowiekowi odbije i zdecyduje się jeszcze pobiegać sobie „dla odprężenia” po pracy. Bo poranna gimnastyka to za mało.

    Moje łydki!

Zostaw komentarz