Królowa spotyka Królową
„Quicker than a ray of light” poruszała się 51-letnia Królowa Popu po scenie na warszawskim Bemowie. Dwugodzinny show robił wrażenie, choć nie wszyscy się dobrze bawili. Czyżby to przez przesadnie długą przerwę między supportem, a właściwym koncertem?
Wygodne buty, komórka, bilet i dobre humory – wyruszamy. Dojeżdżamy szybko, potem przez chwilę patrzymy z lekkim popłochem na straszny tłum, jednak wkrótce okazuje się, że ludzie są stłoczeni w wąskim przejściu, ale po 5 minutach wychodzi się na wielkie przestrzenne pole. Kontrola na bramkach jest bardzo łagodna, mi w ogóle nie zaglądają do torebki, koledze otwierają, rzucają okiem, ale nikt dokładnie nie sprawdza zawartości. Jedyną niedogodnością jest obowiązek wyrzucenia korków z butelek z napojami. Idziemy pod scenę, siedzimy na słoneczku, nastrój nieco piknikowy, dookoła ludzie z pizzą, piwem, colą.
O 19.30 zaczyna grać Paul Oakenfold. Pół godziny dynamicznej, tanecznej muzyki rozgrzewa atmosferę. Ale artysta schodzi ze sceny i następuje nieznośnie długi moment czekania na właściwy koncert. Przez kwadrans nawet nie puszczają z głośników żadnej muzyki, jest cisza, nic się nie dzieje, ludzie siadają, atmosfera klęsnie.
Dochodzi 21.00, według niektórych źródeł Madonna o tej godzinie miała się pojawić, więc wszyscy wyciągamy szyje, kilka fałszywych alarmów gdy przez scenę przemyka jakiś technik – zanim się orientujemy, że to nie Ona dostaje brawa, a fanki zaczynają piszczeć. Dziesięć po 21 zaczyna się już mocne zniecierpliwienie, ludzie wywołują piosenkarkę skandując jej pseudonim, wszyscy mają dość czekania.
Wreszcie 21.20 gasną światła, rozświetlają się ekrany dookoła i na scenie, pojawiają się na nich wizalizacje, zapala się wielkie, różowe „M” po bokach estrady. Tłum wyciąga aparaty fotograficzne, wszystkie oczy wpatrzone w scenę. 4 minuty migających obrazków i wreszcie jest! Wjeżdża na scenę na tronie, jak przystało na Królową Popu. Burza loków, czarny gorset, kabaretki i buty do kolan na niebotycznie wysokich obcasach. Koncert zaczyna się od „Candy Shop”, Madonna śpiewa i tańczy, wokół niej rewelacyjna grupa tancerzy. Po 3 piosenkach przerywnik, piosenkarka znika za kulisami, wraca w stroju małej dziewczynki w podkolanówkach w paski i czerwonej mini, skacze na skakance, wspina się po rurze, w kolejnych piosenkach wyciągnie gitarę, będzie kłaść się na scenie, skakać, biegać, brać udział w skomplikowanych układach tanecznych – kondycji można zdecydowanie jej zazdrościć.
Znienacka na scenę wychodzi Michael Jackson, tańczy, z głośników leci miks kilku utworów Jacko, a Madonna wspomina „wielkiego artystę”, tańczy ramię w ramię z tancerzem przebranym za Króla Popu. Dwie piosenki i znów znika za kulisami zmienić strój, przebiera się w trakcie całego koncertu co najmniej 6 razy i to w błyskawicznym tempie, chwilami ma też zmienioną fryzurę, jestem pełna podziwu dla ekipy, która to wszystko przygotowywała.
Połowa widzów śpiewa „Sto lat” , druga połowa „Happy Birthday”, ale białe serca podnoszą do góry wszyscy. No, prawie wszyscy, ale i tak moment celebrowania 51. urodzin gwiazdy jest najbardziej jednoczącym. Bo niestety przez pierwszą godzinę publiczność jest dość sztywna, prawie nikt nie tańczy, nielicznie się delikatnie kołyszą, nawet takie hity jak ‘Music” czy „4 minutes” nie porywają tłumu. W drugiej godzinie jest trochę lepiej, ale i tak poza rozentuzjazmowaną grupą w Golden Circle mało kto wydaje się świetnie bawić. Ot, fajnie, ale gdy pół godziny przed końcem kilkanaście osób przeciska się przed tłum w stronę wyjścia zastanawiam się, czy to tylko konieczność udania się do toalety, czy już wychodzą całkiem.
„Give it to me!” prosi Madonna, jednak publiczność nie śpiewa z nią, tak głośno, jakby mogła. Muzyka milknie, na ekranach pojawia się wielkie „Game over”, Królowa znika, a widzowie robią natychmiastowe „w tył zwrot” i pośpiesznie opuszczają teren lotniska. Nikt nie domaga się bisów, nikt się nie ogląda, pośpieszna ewakuacja.
Wielki plus dla organizatorów za rozdawanie po koncercie wody mineralnej, wielki minus dla ZTM za brak obiecanych tramwajów kursujących co 5 minut. Autobusów też było jak na lekarstwo, wepchnięcie się do nich graniczyło z cudem. Wiele osób siedziało zrezygnowanych na chodnikach, na przystankach, inni ruszyli na piechotę, zdesperowani próbowali wezwać taksówkę, ale ich dojazd był utrudniony przez tłumy ciągnące ulicami.
Mimo tego, ja się bawiłam przednio, tak samo mój towarzysz. Powrót z koncertu był bardziej męczący niż skakanie i śpiewanie, ale nie żałuję niczego. Było świetnie uczestniczyć w koncercie, który się zdarza raz na wiele lat, zobaczyć te stroje, tancerzy, układy, niesamowitą kondycję Madonny
Bardzo fajny opis, aż pożałowałam, że nie byłam. A ze specjalnych tramwajów skorzystałam na trasie centrum-okęcie i stanowczo uważam, że nocne tramwaje powinny być na stałe.