Erystyka to niełatwa rzecz
Znalazłam dzisiaj na pewnym blogu „katolickiego stylisty” wpis o sztuce nakrywania do stołu. Traktował on poważnie o obrusie, kolejności kładzenia na stole poszczególnych elementów nakrycia, tudzież zasadach podawania cukru. I na samym końcu tego poważnego wpisu znalazło się zdanie „Dawniej za nabranie cukru własną łyżeczką od filiżanki obcinano rękę”. Sprowokowało mnie ono do zadania autorce pytania, skąd taką wiedzę posiada. Najpierw dostałam wymijającą odpowiedź, że to i tak pikuś, w porównaniu z tym, co opisał ktoś na innym blogu, jak to w chilijskich więzieniach psy gwałciły kobiety. Hm. Dość drastyczne porównanie, niemniej drążyłam dalej – skąd takie stwierdzenie. Autorka spytawszy czy link do Wikipedii mnie zadowoli, następnie wyznała, że żeby taki link mi podać, musiałaby wpierw taką treść w Wikipedii zamieścić. Po czym wyjaśniła: „a z tego, co widzę, to w Wikipedii można wszystko napisać :)))” Cóż, wydaje mi się, że to pewne niezrozumienie idei Wikipedii – teoretycznie można, tak, ale jak tylko zauważy to ktoś z licznej rzeszy osób przeglądających i weryfikujących treści w tej encyklopedii, to taka „rewelacja” błyskawicznie zniknie stamtąd, to po pierwsze. Po drugie takie działania, jak wpisywanie do ENCYKLOPEDII głupot jest wielce niestosowne i utrudniające pracę innym. Szkodzące ogółowi internautów. Ale pominęłam to i napisałam tylko, że w takim razie, skoro to tylko wymysł autorki, to nierzetelnym jest opisywanie tego w sposób, jakby to była prawda. Na to usłyszałam zarzut o braku poczuciu humoru i nieumiejętności rozpoznania żartu.
Hm, mam spore poczucie humoru, ale takie zdanie nijak nie wygląda na żart, gdyby przeczytał to ktoś młodszy i mniej wiedzący o świecie mógłby spokojnie uznać to za prawdę, skoro za kradzież ucinano rękę, to może i za nietakt przy stole, kto wie. Zupełnie inaczej by to wyglądało, a żart byłby czytelny, gdyby autorka napisała „szkoda, że nie obcina się ręki za nabieranie cukru własną łyżeczką”. I tak mało wyrafinowany to humor, ale przynajmniej nie udawało by to prawdziwego stwierdzenia.
Ale i to nie koniec – dalej próbowałam dyskutować o tym, czemu właściwie kwestia obrusa na stole przy każdym posiłku jest tak ważna i czy rzeczywiście próbuje się tu powiedzieć, że dom, w którym takie zjawisko nie występuje jest niekulturalny – i niestety okazało się, że w sytuacjach kiedy ktoś nie popiera w pełni jej tez, autorka totalnie się wykłada. Nie potrafi rzeczowo, konkretnie kontrargumentować, tylko albo atakuje adwersarza „nie masz polotu, emocjonalnie odbierasz moje wpisy, już ci chyba wystarczy lektury mojego bloga” albo ignoruje głosy krytyczne.
I wiecie co? Bardzo się rozczarowałam. Trafiłam na osobę wygłaszającą bardzo „mocne”, stanowcze tezy, głoszącą dość radykalne podejście i miałam nadzieję na żywą dyskusję, w której będę mogła szerzej poznać punkt widzenia tej drugiej osoby. Bo to jest ciekawe, rozwijające, przyjemne. A tu guzik. Kategoryczne stwierdzenie „obrus jest ważny”, ale już rozwinięcie tej tezy, wytłumaczenie dlaczego i próba zachęcenia kogoś do spróbowania takiego sposobu podawania obiadów zawsze przerasta autorkę. Te wpisy nie są pisane po to, by kogokolwiek zachęcić do takich zachowań, jakie autorka uważa za słuszne – nie, one są po to by pochwalić tych, którzy się stosują, oraz kategorycznie potępić tych, co tego nie robią. A to żadna metoda motywacji dla większości z nas.
Owszem, w pewnym momencie dyskucji w komentarzach ktoś napisał że to wcale nie chodzi o obrus, tylko o to, że „stopniowo uznajac coraz wiecej rzeczy za niewazne i lekcewazac badz eliminujac je z zycia mozna doprowadzic do jego bylejakosci.” I świetnie, to jest bardzo dobry argument i wyjaśnia wszystko oraz ja osobiście z tą tezą się jak najbardziej zgadzam. Tylko że to nie było wyjaśnienie autorki. Ją było stać jedynie na rzucenie zarzutu lenistwa i braku kultury u osób, które tego nieszczęsnego obrusa na co dzień nie używają.
Szkoda. Nie sztuka głosić swoje poglądy, trzeba umieć też ich bronić. Oraz spokojnie przyjmować krytykę.
Mnie zachwycił ten fragment o tym, że poda Ci źródło z wiki, tylko je najpierw napisze! No genialne… Tego argumentu jeszcze nie spotkałem.
A tak poza tym to w necie i na blogach jest pełno ludzi „interesujących”. Czytaliśmy niegdyś z Synafią długą dyskusję o szczepionkach u Astromarii i dowiedzieliśmy się z niej np.:
- że NaCl może być naturalne i chemiczne, i to chemiczne jest gorsze, bo ma inną chiralność (chiralność = wzajemne usytuowanie przestrzenne atomów; zagadka: na ile sposobów można przestrzennie rozlokować dwa atomy – pamiętajmy, że punktami odniesienia są one same dla siebie),
- że chemiczne jest wszystko to, co przyjmowane raz na jakiś czas lub częściej jest szkodliwe (genialna definicja!).
W tym tygodniu z kolei czytałem o ekomenstruacji – używanie podpasek i tamponów jednorazowych jest be, bo zaśmieca środowisko. Rozwiązanie: tampon zastępujemy kubeczkiem menstruacyjnym, do którego zbiera się krew, a jak chcesz ją wylać w publicznej toalecie (co może się przytrafić) to nic prostszego, opłukujesz potem wodą z butelki, którą nosisz przy sobie i w ten sposób idealnie czysty kubeczek umieszczasz na powrót wewnątrz siebie. Podpaski zamienia się na materiałowe, wielorazowe. Praniem nie zanieczyszcza się środowiska, bo można przecież prać za pomocą bakterii kwasu mlekowego (jak, ja się pytam??)
Dyskusje w internecie doprawdy mnie ubogacają!
Ja to czytam jak kabaret, kiedy sobie słuchałam Radia Maryja ale mi się znudziło. Za rzadko „Magdusie” dzwoniły, często jednak w miarę normalni ludzie, nie było się z czego śmiać :)
Chyba zacznę częściej bywać na Frondzie, to się robi coaz ciekawsze. Najbardziej rozwaliły mnie teksty o ceracie (francuskiej?) :) Konta nie założę, nie, dyskusja z ludźmi niespełna rozumu to nie jest dobry pomysł na moje słabe nerwy.
Przeczytałam całą dotychczasową dyskusję. Ja pierniczę. Te osoby są niesamowite.
Wczoraj zajrzałam do tej całej dyskusji i szczerze podziwiam Cię, że chciało Ci się z tą kobitą dyskutować. Mi witki opadły już na początku…
Synafio, myślę że wasza teoria jest cudownie trafna.
Wysnuliśmy dziś z Sykofantą teorię, że ludzie emocjonalnie reagują na zdanie przeciwne zazwyczaj w tedy, gdy podświadomie obawiają się, ze mogą jednak nie mieć racji. I że to zdanie przeciwne ich samych przekona do zmiany zapatrywań. A zmiana zapatrywań wymaga przyznania przed sobą, że się wcale takim mądrym nie było, jak się myślało, no a to przyjemne nie jest nigdy.
Jest to teza robocza wymagająca obserwacji i analizy.
No a przy tym naukę mamy taką, że przyjemnie jest pogadać z kimś, kto w Cię inwektywą nie rzuca ni kitu w twarz nie ciska, nieprawdaż. Czego sobie i państwu życzę.
Cóż mogę powiedzieć. Nadal prowadzę tam „dyskusję”, choć są to raczej dwa sąsiadujące monologi i nie ukrywam, że też jestem zawiedziona. Bo też myślałam, że osoby o tak konkretnym sposobie myślenia, będą w stanie wytoczyć działa, a strzelają do mnie z procy kulkami obślinionego chleba.
To ja to w dupie mam. Chciałam podyskutować ( nawiasem mówiąc, mała książeczka o erystyce jest nadal na mojej półce i uwielbiam ją) a dostałam gówno nie dyskusję.
Smutne jest bardzo, że ludzie nie umieją kompletnie rozmawiać, a jak tylko są wyprowadzeni z równowagi, to natychmiast posądzają cię o to samo plus agresja, zajadłość, zacietrzewienie. Rzyg intelektualny.