Archiwa kategorii ‘ogólne’

Było warto

Znów piosenka przemówi częściowo w moim imieniu, trudno, muzyka to moje życie.

Było warto. I nie żałuję. Było kolorowo i było niekolorowo. Spodziewałam się końca, nie spodziewałam się że będzie taki bez klasy z jego strony. Ale to z jego strony. Ja byłam w porządku. I warto było szaleć, spalać się , kochać aż do bólu. Skończyło się, cóż, coś się kończy, coś się zaczyna, trochę się powściekałam, trochę popłakałam, teraz uśmiechnę się do swoich myśli i powiem sobie: WARTO BYŁO. Ależ ja teraz jestem silna. Jestem silna, dzielna, ładna i mądra. Mogę wpakować się w idiotyczny związek bez przyszłości, bo nawet jak on się dramatycznie skończy, wyjdę z niego silniejsza i bogatsza. Bo znam swoją wartość. Bo wiem, co robię.
I uwierzcie, jeszcze rok temu nie umiałabym tak napisać.
Nie wiem, skąd to się bierze. Z tego, że moje dzieci mnie kochają i rosną na świetnych ludzi, co dowodzi, że jestem dobrą matką. Z tego, że mam wokół siebie przyjaciół, którzy mnie wspierają. Z tego, że umiem się podnieść, chodzić wciąż z podniesioną głową, żyć dalej. Że normalnie chodzę do pracy, robiąc to, co do mnie należy. Że patrzę w lustro i widzę młodą kobietę, przed którą jest wciąż wiele i z tym wszystkim sobie poradzi.
Życzę Wam wszystkim, żebyście też tak mieli. Dziękuję moim przyjaciołom, obecnym i tym, którzy mogą się nimi stać, za to, że są.
Wróci wiosna, baronowo i będziemy znów szaleć. I nie żałujmy tego. Warto. Jeżeli potem można spojrzeć w swoje oczy w lustrze i czuć się dobrze, to było warto. Wszystko warto.
Life’s still great.

I will hold my head high

Wstałam dzisiaj jak zwykle, ubrałam się, starannie umalowałam, poszłam do pracy. Wzorem Bree Van De Camp, z jednego bardzo przeze mnie lubianych seriali „Desperate Housewives”, wyobraziłam sobie puste pudełko. A następnie włożyłam do niego swoje uczucia związane z wczorajszymi wydarzeniami, zamknęłam pudełko i schowałam do dużej, pustej szafy. I tam zostanie, do momentu, kiedy nie zdecyduję się go otworzyć i rozprawić się z zawartością. Tymczasem zachowałam spokój. Jak dama.
Czyż niektóre seriale nie są pouczające i rozwijające nas?

Torebka kobiety – tajemnica, której wciąż nie mogę zgłębić *

Parę dni temu, z okazji Międzynarodowego Dnia Sprzątania Biurka pisaliśmy sobie na blipie #comasznabiurku. Następnego dnia, zrobiłam sobie porządek na biurku, a idąc za ciosem, postanowiłam przeprowadzić to samo z moją torebką. A jako że mam teraz nową, duuuużą torebkę, to, co tam znalazłam, nawet mnie zaskoczyło. Postanowiłam to uwiecznić. Oto, co ma (czasami) w torebce dwudziestoparoletnia kobieta: (kolejność przypadkowa)

1. książka Sapkowskiego „Krew elfów”
2. kalendarzyk na 2009 rok
3. szczotka do włosów
4. opakowanie Apapu
5. opakowanie Strepsils Intensive
6. puder Lancome
7. biały puder Shiseido
8. korektor do twarzy
9. tampon
10. rękawiczki
11. faktura ze sklepu frisco.pl z ostatnimi zakupami
12. paczka chusteczek do nosa
13. kółko od składanej wyścigówki mojego syna
14. pilniczek do paznokci
15. atomizer z perfumami Miracle Lancome
16. 2 saszetki brązowego cukru z Coffe Heaven
17. iPod
18. identyfikator korpo
19. saszetka Gripexu
20. guma do żucia
21. kosmetyczka, a w niej:
22. perfumy Very Irresistible Givenchy
23. podkład Diorskin Nude
24. podwójne cienie do oczu Fred Farrugia
25. próbka kremu nawilżającego do twarzy Clarins
26. balsam ochronny do ust
27. atomizer z perfumami Organza Givenchy
28. błyszczyk do ust Lancome
29. odświeżacz do ust
(koniec zawartości kosmetyczki)
30. papierosy
31. zapalniczka
32. spora ilość paragonów ze sklepów, potwierdzeń zapłacenia kartą, numerek z poczty
33. podpaska
34. portfel
35. klucze do mieszkania

Uff. Wszystko szczerze.
Jakby próbować mnie opisać na podstawie tej listy, wyszłoby chyba, że jestem bardzo próżną lekomanką ;)
Oraz można się domyślić, jakie są dwie moje ulubione marki kosmetyczne. Jednakże po dzisiejszych porządkach oczywiście nie wszystko wróciło do tej torebki

* tytuł to fragment piosenki zespołu Pod Budą „Damska torebka”

Głupie ciućmy z IMAX

Poszliśmy z Lubym do kina. Na Avatar. Oboje pracujemy, mamy mnóstwo zajęć, a film 3-godzinny, więc znalezienie czasu nie było takie łatwe, tym bardziej, że jeszcze musiała móc moja opiekunka do dzieci. Ale udało się, kupiłam bilety w poniedziałek, dzisiaj prosto z pracy pojechaliśmy do Sadyba Best Mall do kina. Kupiliśmy nachosy i picie, założyliśmy okularki, napstrykaliśmy sobie lansiarskich fot w nich, w końcu doczekaliśmy się filmu. Pierwszy raz byłam na filmie 3D, więc na samym początku rozgłośnie wrzasnęłam wystraszona, jak tuż przed nosem przeleciał mi reflektor oświetlający logo wytwórni 20th Century Fox. A potem wcisnęłam się w fotel z wrażenia. A potem próbowałam łapać krople wody, ludzi, liście, przedmioty, które były TUŻ PRZEDE MNĄ PRZECIEŻ. Luby kilka razy ze śmiechem mi szeptał: „tego tu naprawdę nie ma!”, potem nawet przestał, bo ja ciągle ulegałam złudzeniu. Rewelacja, od razu pokochałam to 3D.

No i tak siedzimy, oglądamy, miło, fajnie, akcja się rozkręca, zaczyna się robić naprawdę interesująco… I nagle około 3 sekund dźwięku zaczyna się powtarzać. W kółko. W pierwszej chwili nawet myśleliśmy że to tak właśnie jest, że to jakieś okrzyki bojowe tych całych Na’vi, bo układało się to w coś w rodzaju jednostajnej pieśni, a wszystkie postaci akurat tylko szły do wioski. Ale doszli, zaczęli rozmawiać, pojawiły się napisy i stało się oczywiste że coś jest nie tak, że ten dźwięk się po prostu zaciął, zapętlił i to jest bardzo niedobrze.
No i się zaczął dramat. Ludzie się oglądają do tyłu na kabinę operatora, wołają, klaszczą, gwiżdżą – nic. Po kilku minutach wyleciał jeden mężczyzna z widzów i pobiegł do obsługi na zewnątrz sali. Chwilę go nie było, wrócił, za nim pojawił się jakiś pracownik. I nic. Film dalej leci, już około 8 minut, obraz jest, dźwięk zapętlony w coraz bardziej irytującej kakofonii, pracownik cośtam dzwoni na górę, ale tam operator albo śpi, albo ogłuchł, albo obmacuje babę, albo w ogóle poszedł w pizdu…
Ostatecznie po 12 minutach udało im się wyłączyć, ktoś w końcu wyszedł i powiedział nam że się zepsuł komputer, dalszej projekcji nie będzie i ma 3 propozycje. Pierwsza: przejdziemy do drugiej, mniejszej sali, gdzie od 15 minut leci ten sam film, ale jest tam widownia. Propozycja dość absurdalna moim zdaniem, bo 45 minut powtórki, a  co gorsza beznadziejne miejsca, pierwsze rzędy albo i schody. No i to średnio w porządku wobec tamtych widzów, jednak to film, w którym dużo się dzieje, który się ogląda pilnie, a tu nagle zwala się tłum ludzi, zasłania, bije się o najlepsze z kiepskich miejsc i ogólnie straszne zamieszanie. Jednak sporo osób poszło na to, reszta wybrała drugą opcję, czyli w zamian bilety ważne przez pół roku na dowolnie wybrany film we wszystkich kinach sieci IMAX, albo trzecią, czyli zwyczajny zwrot biletów.
Wzięliśmy te bilety ważne pół roku i z zawiedzionymi minami wyszliśmy z kina. Jeszcze słuchaliśmy rozmów ludzi koło nas wychodzących i ktoś smętnie mówił, że no tak, wprawdzie za bilet na film oddali, ale pieniędzy za bilety kolejowe z Grodziska mu nikt nie zwróci, podobnie jak za colę i popcorn. Jedzenie i picie nieobowiązkowe niby, ale za dojazd z daleka – głupio. No i czas, i wydane pieniądze na dojechanie drugi raz… Ehh.
Jednak co było naprawdę skandaliczne, to ten czas reakcji pracowników kina IMAX w Warszawie. No bo ja rozumiem, że coś się może popsuć. Ale reakcja powinna być natychmiastowa, a nie dobre kilkanaście minut, podczas których film leci z popsutym dźwiękiem. To było bardzo nieładnie i na drugi seans zdecydowanie pójdziemy do innego kina, nie tylko tam jest wersja 3D.

Chude żyrafy i wieloryby

Ostatnio z kilku miejsc słyszę że nadchodzi „koniec ery anorektycznych modelek.” Że czas na zaokrąglone ciałka, normalne kobiety, seksowne fałdki, koniec z modelkami, które mają tylko skórę i kości i ubrania na nich wiszą.
I pewnie znów mi się dostanie, jak za pierwszą notkę na tym blogu, o podobnej tematyce, ale ja jestem sceptyczna.
Po pierwsze, o tym „końcu ery anorektycznych wieszaków” słyszę od dobrych kilku lat, a jakoś nie widuję na pokazach tych ‘krągłych”.
Po drugie wielcy projektanci, modelki, wybieg, haute couture – to wszystko jest taki trochę inny świat. Bajkowy. Bogaty. Piękny. Nie oczekujemy na wybiegach „dziewczyn z sąsiedztwa”, oczekujemy odstrzelonych lasek, nierealnie wręcz wysokich, smukłych, wymalowanych i uczesanych tak, jak same nigdy nie wyglądamy na co dzień. To jest bajka, to jest magia, to jest coś nierealnego, miłe dla oka oderwanie się od rzeczywistości.

Nigdy nie chciałam być modelką, nigdy się nie odchudzałam. Nigdy nie przeżywałam zazdrości, patrząc na laski z wybiegów. Jestem szczupła, ale bardzo niska, więc i tak nie miałabym szans. Bynajmniej mnie to nie smuci, ciężka fizyczna praca w sumie. I tylko na kilka (naście) lat życia.
I chcę dalej cieszyć oko tą bajką, tymi niewiarygodnie zgrabnymi dziewczynami z nogami do szyi. Bo nie mam kompleksów, bo wiem że to maleńki odsetek kobiet, że trudno jest tak wyglądać, że to wiele godzin ćwiczeń, diet, makijażu, itd., itp.
A w tym „zwykłym” świecie jest pełno pięknych dziewczyn, którymi się mężczyźni interesują, które kochają, podziwiają, cenią. W czym więc problem?

Przy okazji: czy określenie „żyrafy” wydaje się wam pogardliwe? Użyłam go, w określeniu modelek w trakcie dyskusji gdzie indziej i zaraz ktoś uznał że to „wysoce niekulturalne”. Och, och. „Wieszak” można, ale „żyrafa” już nie? Interesting.

Chcę byś mnie MIAU

Dzwoni budzik. Wstaję, biorę prysznic, ubieram się, maluję, wpuszczam do domu opiekunkę córki. Wychodzę, zaprowadzam syna do przedszkola i sama jadę do pracy. Identyfikator przy wejściu, winda, rozbieram się, włączam komputer, idę po gazety. Klik klik, logowanie, otwieranie zakładek, gazeta, kawa, pani Redaktor zaczyna dzień. Czytam, sprawdzam, kasuję, konwertuję, dzwonię, piszę, piszę, piszę.
Uczę się, pytam, sama uczę innych. Z identyfikatorem na szyi i portfelem w ręku biegnę na śniadanie, gdzie już kucharz wie co zamówię, po zjedzeniu idę do palarni, gdzie spotykam te same osoby, czasami mam wrażenie że my, palacze, jesteśmy idealnie zsynchronizowani, w tym samym czasie schodzimy zapalić, przy stolikach robimy to samo, czytamy te same gazety, które wcześniej kupiliśmy stojąc w tej samej kolejce w kiosku.
I znów klik, klik, wir, młyn, milion rzeczy naraz. Dużo ludzi, dużo dźwięków, zdejmuję i zakładam słuchawki, dzwonię, piszę, wpadam na świetne pomysły, kurwię na nienadążanie komputera za moimi myślami.
A potem wychodzę, otumaniona nadmiarem bodźców, informacji, przechodzę ostrożnie śliskim chodnikiem, z rozwianym włosem i rozchylonym płaszczem biegnę po tym odśnieżonym, bezpiecznym kawałku chodnika do Twojego samochodu, opadam z ulgą na miękkie siedzenie, ustawiam ogrzewanie pod siebie, przyciszam radio i opowiadam Ci o swoim dniu. I jedziemy, jedziemy. Do sklepu, do domu, do restauracji, do kina, gdziekolwiek. I mogę przestać być poważna, mogę przestać chodzić wyprostowana, choć i tak się dumnie prostuję pod Twoim pełnym podziwu i zachwytu spojrzeniem, choć nie wiem doprawdy skąd ono się bierze, w swoich oczach jestem wymięta i wyżęta przez korpo, zmęczona pracą, ale Ty sprawiasz, że czuję się znowu piękną, dojrzałą kobietą, odzyskuję siły, odzyskuję moc. Przestaję być panią Redaktor, jestem rozkosznym kociątkiem, które wieczorem wygodnie kładzie się na sofie z różowym laptopem i lampką wina, i jeszcze z Tobą rozmawia.
Małe kociątko, które trzeba podrapać za uszkiem.
A następnego dnia znów wstaję, biorę prysznic, budzę syna, ubieram się i idę się bić z całym światem, idę się rozwijać, męczyć, być_dumnym, czytać, pisać, narzekać na mało czasu…

(Chcę ci tyle dać, chcę byś mnie miał, chcę byś mnie miał)

Bo kochasz mnie Ty.
Nic nie może się stać, nie jesteś sam, nie jesteś sam.
Chcę ci tyle dać, chcę byś mnie miał, chcę byś mnie miał.
Nic nie może się stać, nie jesteś sam, nie jesteś sam (sam sam sam sam sam sam sam)

Praca

Tak to obecnie wygląda:

540

via Żomiks

Vorwärts, vorwärts, bleibt nicht stehen

Koncert Rammstein w katowickim Spodku. 27 listopada 2009. Mega. Pierwszy raz byłam na ich koncercie, pierwszy w ogóle koncert tak przeze mnie wyczekiwany. Dowiedziałam się, że będzie jakoś na początku roku, bilety kupiłam już w czerwcu… po czym je dobrze schowałam. Tak dobrze, że od początku listopada ich szukałam i znaleźć nie mogłam. Dzień przed koncertem się udało. I całe szczęście, bo się świetnie bawiłam. Niby sektor z boku, wysoko, a i tak czuło się ciepełko od ognia ze sceny, parę godzin po koncercie musieliśmy niemalże wrzeszczeć do siebie z kumplem, który był ze mną, żeby się słyszeć, a szum i pisk w uszach mieliśmy jeszcze prawie dobę po. I pozytywne wrażenie zrobił na mnie sam Spodek, pierwszy raz tam byłam i byłam zaskoczona jak gładko się rozładował tłum po koncercie, nie było żadnego stania w ścisku, kolejek, przepychania się – tyle wyjść, że zupełnie normalnie się wychodziło. I te ognie. I muzyka. I klata Tilla, mniam.

No i podziękowania dla Lisa, który mi towarzyszył na koncercie, pilnował torebki, otaczał ochronnym ramieniem, itepe, oraz Alquany za przenocowanie mnie. Nieco szalone to było – wyjście z pracy, taksówka, pociąg, przejście do Spodka, autobus nocny do Krakowa, taksówka, 3 godziny snu z nosem wtulonym w cieplutką i mięciutką Alquanę, z mruczącą Koraliną nad głową, pobudka o 6, taksówka i pociąg do Warszawy. Uff. Ale jak na taką eskapadę, całkiem się wyspałam i nie przyjechałam do domu aż-tak-zmiętolona. Chociaż w nocy z soboty na niedzielę spałam 12 godzin ;)

Już myślę o koncercie Rammstein w Łodzi, ktoś się wybiera?

Gdyby kózka nie skakała…

Nie, spokojnie, nic nie złamałam. Ale opisuję ku przestrodze, bo okazało się, jak opowiadałam swoją historię znajomym, że sporo osób nie wie, że to jest karalne. Cóż takiego? Otóż karalne, nielegalne i niewłaściwie jest przeskakiwanie przez bramki w metrze. Oraz przechodzenie dołem. Oraz przejście bramką dla wychodzących, celem wejścia. Ogólnie każde przekroczenie bramki w metrze inaczej, niż przez przytknięcie karty/włożenie biletu i pchnięcie barierki jest niedozwolone. I można zostać za to ukaranym, jako mi i kumplowi się przydarzyło.

Poszliśmy sobie do kina, wracaliśmy metrem, wchodzimy i mi się nie chciało wyciągać z torebki portfela z kartą, więc beztrosko przeskoczyłam bramkę. Kumpel zaś przeszedł przez tą dla wychodzących i ledwo spojrzał na peron, powiedział:
- Oho, policja, mamy problem.
Zdziwiłam się, bo jaki problem, skoro przecież mam kartę, działającą, pokażę ją i nie będzie sprawy. Ale myliłam się głęboko, państwa policjantów w sumie nie interesowało w ogóle czy mam bilet czy nie, ich interesowało tylko to, że „pokonałam bramkę w metrze w sposób nieprawidłowy”. I poinformowali mnie, że mogę przyjąć mandat w wysokości 20 złotych, albo nie przyjąć i wtedy skierują sprawę do sądu grodzkiego. Cóż, jako że przedstawili mi podstawę prawną (art 54 KW) nie zamierzałam się kłócić, mandat grzecznie przyjęłam, nawet chciałam go zapłacić od na miejscu, ale okazało się, że nie można tak, trzeba przelewem. Mój znajomy oczywiście też dostał taki mandat. W sumie była to bardzo zabawna historia – 20 złotych to nie jest kwota, która by mnie zdenerwowała, bardziej byłam po prostu szczerze zaskoczona, że za coś takiego można zostać ukaranym. Mój pierwszy mandat w życiu, wzrusz.

Także pamiętajcie drogie dzieci: uważajcie na bramki w metrze, jeśli gdzieś w pobliżu stoi policja i was widzi – nie przeskakujcie, nie prześlizgujcie się dołem, przejdźcie prawidłowo. Bo 20 złotych nie majątek, ale i piechotą nie chodzi, nie mówiąc już o tym, że traci się czas czekając na wypisanie go.
A oto i rzeczony:mandat

surrealistyczna grypa

Pewnej niedzieli wieczorem zaczęłam kaszleć. Dość intensywnie od razu, ale jeszcze mnie to nie przestraszyło. Ba, pomyślałam że to może od papierosów. Ale w poniedziałek rano wstaję, szykuję się do pracy i nagle odkrywam, że: boli mnie głowa, plecy, kaszlę tak, że za każdym atakiem czuję ból, jakby mi rozrywało oskrzela, jestem jakaś oszołomiona, dostaję gorączki… Telefon do pracy, że nie przyjdę, telefon do lekarza, telefon do opiekunki do dzieci… I łóżko. Zanim przyszła opiekunka, w ciągu paru godzin zaczęłam się czuć tak fatalnie, że ledwo doszłam do taksówki, wiozącej mnie do przychodni. U lekarza wdzięcznie się osunęłam na krzesło, w przerwach pomiędzy atakami kaszlu wyrzęziłam jakie mam objawy, po czym został mi zrobiony test paskowy i okazało się, że mam grypę. Wirusa typu A, mówiąc dokładniej. I dostałam receptę na Tamiflu oraz skierowanie do szpitala zakaźnego, jakbym Tamiflu nie dostała w aptekach. Na szczęście moja nieoceniona opiekunka do dzieci kupiła mi ten lek w aptece pod domem.

I to było trochę surrealistyczne. No bo w pracy się dopiero co zajmowałam tą grypą. Pisałam o niej, czytałam o niej, robiłam reaserch, gdzie można dostać to Tamiflu, liczyłam liczbę zachorowań…
Mam taką pracę, że separuję ją od swojego życia. Niby to jest rzeczywistość wokół mnie, ale wiecie – media kłamią, i tak dalej, to jest trochę inny świat, to jest obok. Wychodzę do domu i zostawiam to wszystko za sobą. To mnie nie dotyczy. I nagle te dwie rzeczywistości się zazębiły, nagle nie podpisywałam zdjęcia z kapsułkami Tamiflu, tylko sama stałam z opakowaniem Tamiflu w ręku. So weird.
Nie wiem, czy mam TĄ grypę, czy „ludzką” – nie chcieli mi zrobić dokładnego testu, ponieważ powiedzieli że tak czy siak, leczenie byłoby takie samo.  Mi to odpowiadało, ale wszyscy znajomi pytający mnie namolnie czy mam A/H1N1 – wrr. Więc dla nich jeszcze raz – NIE WIEM, ale wiem, że ta grypa, którą mam jest bardzo męcząca i wyczerpująca organizm, ok?
Dzieciaki oczywiście też zachorowały mimo noszenia przeze mnie maseczki. W środę wezwałam lekarza do domu, który jednakże jedyne co zrobił, to wypisał dla dzieci skierowanie do szpitala, żeby tam zostały zbadane. No i wylądowaliśmy wszyscy w szpitalu zakaźnym. Lekarze na izbie przyjęć mieli maski jak z filmów o skażeniu biologicznym. Maja została zbadana łącznie z testem paskowym na obecność wirusa i dostałą receptę na Tamiflu, Tomek został tylko normalnie zbadany, testem nie, bo „nie jest w grupie ryzyka”. Innymi słowy szkoda testu na niego. Po czym pacjenci zostali odesłani do domu…

Piątek był pierwszym dniem, kiedy mogłam powiedzieć, że czuję się lepiej (aczkolwiek nie: dobrze. jedynie lepiej). Wciąż kaszlę, wciąż jestem osłabiona, ale już wstaję z łóżka, kąpię się, robię pranie, ugotowałam gar bigosu. Daję radę. Maja też już nieźle, jedynie Tomek gorączkuje mocno, strasznie kaszle, dużo śpi – dużo mocniej go złapało niż Maję. (Ale to ona dostała lek, a nie on, bo on ma już ponad 5 lat i mu nie przysługuje. Wrr.)

W międzyczasie dzwonił do mnie Sanepid, wypytując o moją chorobę, luby przywoził wielkie ilości jedzenia, soku pomarańczowego i chusteczek do nosa, dużo osób pytało regularnie jak się czuję, Alquana przysłała z Krakowa torbę muffinków – wszystkim Wam serdecznie za to dziękuję.

Teraz już pomału mogę powiedzieć, że jestem rekonwalescentką, jeszcze 2, 3 dni i będę zdrowa, ale ostrzegam was – od poniedziałku do czwartku umierałam. Miałam gorączkę, płuca mi rozrywał kaszel, zużywałam wielkie ilości chusteczek do nosa na katar, kręciło mi się w głowie, a ból głowy i pleców ustępował tylko po Nurofenie Forte. Także niezależnie od histerii nakręcanej przez media – uważajcie na siebie, chłopcy i dziewczęta. Po prostu uważajcie, bo ta grypa jest paskudna. Niezależnie która.