Archiwa kategorii ‘rozdrapywanie’
Kłody pod nogi
Czasem zdarza się taki dzień, albo i cały tydzień, że ciągle coś źle. Zaczęło się w poniedziałek. Niby miałam dzień wolny, ale w związku z tym zaplanowałam sporo rzeczy, których nie miałabym szans zrobić, gdybym pracowała. Wyrobić Kartę Miejską ze zdjęciem. Iść na pocztę. Do szewca. I tak dalej.
Zaczęło się od tego, że zabrakło wody. Potem zrobiłam zdjęcia, pojechałam z nimi do punktu MZK w metrze Centrum, gdzie się okazało, że awaria systemu i kartę można wyrobić tylko na Senatorskiej. Pojechałam tamże, wyrobiłam. Potem miałam do załatwienia pewną sprawę z eksem w salonie Orange. Przyszliśmy tam o 13.00, przed nami było w kolejce 14 osób, nasz numerem został wywołany o 15.20. Aż nie chce się komentować. Wróciłam do domu, złapałam dwa wielkie pudła, poszłam na pocztę je wysłać. Po 5 minutach okazało się że awaria systemu i nikt nic nie załatwi…
Następnego dnia dostałam telefon z przychodni, że wizyta córki u lekarza specjalisty i tak odległa w czasie z powodu urlopu lekarza musi zostać przełożona o jeszcze 2 tygodnie, bo pan sobie przedłużył urlop.
Wieczorem rozłożyłam sofę, żeby się z ulgą położyć i się zepsuła. Reklamację trzeba złożyć osobiście, a salon meblowy, gdzie była zamawiana jest na końcu świata.
Córka się pochorowała. Zrobiła mi się dziura w rękawiczce. Sama mam katar i pokasłuję. Kołorkerka wyjechała i mam dużo więcej roboty. Życie towarzyskie mi niemal zamarło, bo opiekunka do dzieci w Pradze. Google Buzz zaciąga mi jakieś stare wpisy ze stron, które mu dodam, a nie te aktualne.
Do końca tygodnia jeszcze 3 dni. Nie spodziewam się już, że któryś przejdzie mi ulgowo, bez co najmniej jednego złego zdarzenia.
Było warto
Znów piosenka przemówi częściowo w moim imieniu, trudno, muzyka to moje życie.
Było warto. I nie żałuję. Było kolorowo i było niekolorowo. Spodziewałam się końca, nie spodziewałam się że będzie taki bez klasy z jego strony. Ale to z jego strony. Ja byłam w porządku. I warto było szaleć, spalać się , kochać aż do bólu. Skończyło się, cóż, coś się kończy, coś się zaczyna, trochę się powściekałam, trochę popłakałam, teraz uśmiechnę się do swoich myśli i powiem sobie: WARTO BYŁO. Ależ ja teraz jestem silna. Jestem silna, dzielna, ładna i mądra. Mogę wpakować się w idiotyczny związek bez przyszłości, bo nawet jak on się dramatycznie skończy, wyjdę z niego silniejsza i bogatsza. Bo znam swoją wartość. Bo wiem, co robię.
I uwierzcie, jeszcze rok temu nie umiałabym tak napisać.
Nie wiem, skąd to się bierze. Z tego, że moje dzieci mnie kochają i rosną na świetnych ludzi, co dowodzi, że jestem dobrą matką. Z tego, że mam wokół siebie przyjaciół, którzy mnie wspierają. Z tego, że umiem się podnieść, chodzić wciąż z podniesioną głową, żyć dalej. Że normalnie chodzę do pracy, robiąc to, co do mnie należy. Że patrzę w lustro i widzę młodą kobietę, przed którą jest wciąż wiele i z tym wszystkim sobie poradzi.
Życzę Wam wszystkim, żebyście też tak mieli. Dziękuję moim przyjaciołom, obecnym i tym, którzy mogą się nimi stać, za to, że są.
Wróci wiosna, baronowo i będziemy znów szaleć. I nie żałujmy tego. Warto. Jeżeli potem można spojrzeć w swoje oczy w lustrze i czuć się dobrze, to było warto. Wszystko warto.
Life’s still great.
Bo nawet jeśli jest źle
To jeśli tą złą wiadomość odbierzesz w odpowiednim momencie – otoczona przyjaciółmi, którzy podadzą ramię do wypłakania się, szklaneczkę martini, chusteczkę do wytarcia okularów – to z nimi i ze swoją zajebistością i siłą wszystko będzie znośne. I podniesiesz głowę, wsiądziesz do taksówki, spokojnie pojedziesz do domu. Bo czemu masz zalewać się łzami, jęczeć i umierać? Life goes on, a co cię nie zabije, to cię wzmocni.
Luce i Kainowi, Izu, Merigold – wielkie dzięki. Kocham was.
A temu, co mi złą wiadomość przysłał:
Torebka kobiety – tajemnica, której wciąż nie mogę zgłębić *
Parę dni temu, z okazji Międzynarodowego Dnia Sprzątania Biurka pisaliśmy sobie na blipie #comasznabiurku. Następnego dnia, zrobiłam sobie porządek na biurku, a idąc za ciosem, postanowiłam przeprowadzić to samo z moją torebką. A jako że mam teraz nową, duuuużą torebkę, to, co tam znalazłam, nawet mnie zaskoczyło. Postanowiłam to uwiecznić. Oto, co ma (czasami) w torebce dwudziestoparoletnia kobieta: (kolejność przypadkowa)
1. książka Sapkowskiego “Krew elfów”
2. kalendarzyk na 2009 rok
3. szczotka do włosów
4. opakowanie Apapu
5. opakowanie Strepsils Intensive
6. puder Lancome
7. biały puder Shiseido
8. korektor do twarzy
9. tampon
10. rękawiczki
11. faktura ze sklepu frisco.pl z ostatnimi zakupami
12. paczka chusteczek do nosa
13. kółko od składanej wyścigówki mojego syna
14. pilniczek do paznokci
15. atomizer z perfumami Miracle Lancome
16. 2 saszetki brązowego cukru z Coffe Heaven
17. iPod
18. identyfikator korpo
19. saszetka Gripexu
20. guma do żucia
21. kosmetyczka, a w niej:
22. perfumy Very Irresistible Givenchy
23. podkład Diorskin Nude
24. podwójne cienie do oczu Fred Farrugia
25. próbka kremu nawilżającego do twarzy Clarins
26. balsam ochronny do ust
27. atomizer z perfumami Organza Givenchy
28. błyszczyk do ust Lancome
29. odświeżacz do ust
(koniec zawartości kosmetyczki)
30. papierosy
31. zapalniczka
32. spora ilość paragonów ze sklepów, potwierdzeń zapłacenia kartą, numerek z poczty
33. podpaska
34. portfel
35. klucze do mieszkania
Uff. Wszystko szczerze.
Jakby próbować mnie opisać na podstawie tej listy, wyszłoby chyba, że jestem bardzo próżną lekomanką ;)
Oraz można się domyślić, jakie są dwie moje ulubione marki kosmetyczne. Jednakże po dzisiejszych porządkach oczywiście nie wszystko wróciło do tej torebki
* tytuł to fragment piosenki zespołu Pod Budą “Damska torebka”
Tuż po…
…myślę sobie że to będzie dobry rok. Bo oto się spotkaliśmy, kochaliśmy, przywiozłeś szampana i drobne zakupy, dzieci się nie obudziły od tych głośnych fajerwerków, oboje mamy dobrą pracę, jesteśmy raczej zdrowi, kochamy się, wspieramy, jesteśmy silni, odpowiedzialni, piękni. Ok, może to ja jestem piękna, a Ty jesteś ten silny, nieistotne, dobrze nam ze sobą.
Fajerwerki, muzyka z YouTube, irc, gg, blip, rozmowy radosne i nieco smutniejsze, zazdrość, chwalenie się, przyjaźń, miłość, alkohol, papierosy, dyskusje w statusach na Facebooku, przerażenie psa, sen dzieci, karetki, miasto oddycha, my oddychamy, nawet jak chwilami nam zapiera dech z rozkoszy, nawet jak wstrzymujemy oddech, żeby dzieci nie obudzić.
Zaczerpnij powietrza. O, widzisz? Możemy wszystko. I wszystko nam się uda. “”Chcę” “Ja też chcę”. I to jest
- żeby za rok też Sylwester razem
- tak. chcę. będzie tak
- ja też chcę. będzie tak
Zaklinamy rzeczywistość, choć nie znamy przyszłości. Ale… to od nas wszystko zależy, czyż nie?
* literówki, infantylizm, idealizm i takie inne niech mi będzie wybaczone – dużo szampana i endorfin ;-)
Chcę byś mnie MIAU
Dzwoni budzik. Wstaję, biorę prysznic, ubieram się, maluję, wpuszczam do domu opiekunkę córki. Wychodzę, zaprowadzam syna do przedszkola i sama jadę do pracy. Identyfikator przy wejściu, winda, rozbieram się, włączam komputer, idę po gazety. Klik klik, logowanie, otwieranie zakładek, gazeta, kawa, pani Redaktor zaczyna dzień. Czytam, sprawdzam, kasuję, konwertuję, dzwonię, piszę, piszę, piszę.
Uczę się, pytam, sama uczę innych. Z identyfikatorem na szyi i portfelem w ręku biegnę na śniadanie, gdzie już kucharz wie co zamówię, po zjedzeniu idę do palarni, gdzie spotykam te same osoby, czasami mam wrażenie że my, palacze, jesteśmy idealnie zsynchronizowani, w tym samym czasie schodzimy zapalić, przy stolikach robimy to samo, czytamy te same gazety, które wcześniej kupiliśmy stojąc w tej samej kolejce w kiosku.
I znów klik, klik, wir, młyn, milion rzeczy naraz. Dużo ludzi, dużo dźwięków, zdejmuję i zakładam słuchawki, dzwonię, piszę, wpadam na świetne pomysły, kurwię na nienadążanie komputera za moimi myślami.
A potem wychodzę, otumaniona nadmiarem bodźców, informacji, przechodzę ostrożnie śliskim chodnikiem, z rozwianym włosem i rozchylonym płaszczem biegnę po tym odśnieżonym, bezpiecznym kawałku chodnika do Twojego samochodu, opadam z ulgą na miękkie siedzenie, ustawiam ogrzewanie pod siebie, przyciszam radio i opowiadam Ci o swoim dniu. I jedziemy, jedziemy. Do sklepu, do domu, do restauracji, do kina, gdziekolwiek. I mogę przestać być poważna, mogę przestać chodzić wyprostowana, choć i tak się dumnie prostuję pod Twoim pełnym podziwu i zachwytu spojrzeniem, choć nie wiem doprawdy skąd ono się bierze, w swoich oczach jestem wymięta i wyżęta przez korpo, zmęczona pracą, ale Ty sprawiasz, że czuję się znowu piękną, dojrzałą kobietą, odzyskuję siły, odzyskuję moc. Przestaję być panią Redaktor, jestem rozkosznym kociątkiem, które wieczorem wygodnie kładzie się na sofie z różowym laptopem i lampką wina, i jeszcze z Tobą rozmawia.
Małe kociątko, które trzeba podrapać za uszkiem.
A następnego dnia znów wstaję, biorę prysznic, budzę syna, ubieram się i idę się bić z całym światem, idę się rozwijać, męczyć, być_dumnym, czytać, pisać, narzekać na mało czasu…
(Chcę ci tyle dać, chcę byś mnie miał, chcę byś mnie miał)
Bo kochasz mnie Ty.
Nic nie może się stać, nie jesteś sam, nie jesteś sam.
Chcę ci tyle dać, chcę byś mnie miał, chcę byś mnie miał.
Nic nie może się stać, nie jesteś sam, nie jesteś sam (sam sam sam sam sam sam sam)
surrealistyczna grypa
Pewnej niedzieli wieczorem zaczęłam kaszleć. Dość intensywnie od razu, ale jeszcze mnie to nie przestraszyło. Ba, pomyślałam że to może od papierosów. Ale w poniedziałek rano wstaję, szykuję się do pracy i nagle odkrywam, że: boli mnie głowa, plecy, kaszlę tak, że za każdym atakiem czuję ból, jakby mi rozrywało oskrzela, jestem jakaś oszołomiona, dostaję gorączki… Telefon do pracy, że nie przyjdę, telefon do lekarza, telefon do opiekunki do dzieci… I łóżko. Zanim przyszła opiekunka, w ciągu paru godzin zaczęłam się czuć tak fatalnie, że ledwo doszłam do taksówki, wiozącej mnie do przychodni. U lekarza wdzięcznie się osunęłam na krzesło, w przerwach pomiędzy atakami kaszlu wyrzęziłam jakie mam objawy, po czym został mi zrobiony test paskowy i okazało się, że mam grypę. Wirusa typu A, mówiąc dokładniej. I dostałam receptę na Tamiflu oraz skierowanie do szpitala zakaźnego, jakbym Tamiflu nie dostała w aptekach. Na szczęście moja nieoceniona opiekunka do dzieci kupiła mi ten lek w aptece pod domem.
I to było trochę surrealistyczne. No bo w pracy się dopiero co zajmowałam tą grypą. Pisałam o niej, czytałam o niej, robiłam reaserch, gdzie można dostać to Tamiflu, liczyłam liczbę zachorowań…
Mam taką pracę, że separuję ją od swojego życia. Niby to jest rzeczywistość wokół mnie, ale wiecie – media kłamią, i tak dalej, to jest trochę inny świat, to jest obok. Wychodzę do domu i zostawiam to wszystko za sobą. To mnie nie dotyczy. I nagle te dwie rzeczywistości się zazębiły, nagle nie podpisywałam zdjęcia z kapsułkami Tamiflu, tylko sama stałam z opakowaniem Tamiflu w ręku. So weird.
Nie wiem, czy mam TĄ grypę, czy “ludzką” – nie chcieli mi zrobić dokładnego testu, ponieważ powiedzieli że tak czy siak, leczenie byłoby takie samo. Mi to odpowiadało, ale wszyscy znajomi pytający mnie namolnie czy mam A/H1N1 – wrr. Więc dla nich jeszcze raz – NIE WIEM, ale wiem, że ta grypa, którą mam jest bardzo męcząca i wyczerpująca organizm, ok?
Dzieciaki oczywiście też zachorowały mimo noszenia przeze mnie maseczki. W środę wezwałam lekarza do domu, który jednakże jedyne co zrobił, to wypisał dla dzieci skierowanie do szpitala, żeby tam zostały zbadane. No i wylądowaliśmy wszyscy w szpitalu zakaźnym. Lekarze na izbie przyjęć mieli maski jak z filmów o skażeniu biologicznym. Maja została zbadana łącznie z testem paskowym na obecność wirusa i dostałą receptę na Tamiflu, Tomek został tylko normalnie zbadany, testem nie, bo “nie jest w grupie ryzyka”. Innymi słowy szkoda testu na niego. Po czym pacjenci zostali odesłani do domu…
Piątek był pierwszym dniem, kiedy mogłam powiedzieć, że czuję się lepiej (aczkolwiek nie: dobrze. jedynie lepiej). Wciąż kaszlę, wciąż jestem osłabiona, ale już wstaję z łóżka, kąpię się, robię pranie, ugotowałam gar bigosu. Daję radę. Maja też już nieźle, jedynie Tomek gorączkuje mocno, strasznie kaszle, dużo śpi – dużo mocniej go złapało niż Maję. (Ale to ona dostała lek, a nie on, bo on ma już ponad 5 lat i mu nie przysługuje. Wrr.)
W międzyczasie dzwonił do mnie Sanepid, wypytując o moją chorobę, luby przywoził wielkie ilości jedzenia, soku pomarańczowego i chusteczek do nosa, dużo osób pytało regularnie jak się czuję, Alquana przysłała z Krakowa torbę muffinków – wszystkim Wam serdecznie za to dziękuję.
Teraz już pomału mogę powiedzieć, że jestem rekonwalescentką, jeszcze 2, 3 dni i będę zdrowa, ale ostrzegam was – od poniedziałku do czwartku umierałam. Miałam gorączkę, płuca mi rozrywał kaszel, zużywałam wielkie ilości chusteczek do nosa na katar, kręciło mi się w głowie, a ból głowy i pleców ustępował tylko po Nurofenie Forte. Także niezależnie od histerii nakręcanej przez media – uważajcie na siebie, chłopcy i dziewczęta. Po prostu uważajcie, bo ta grypa jest paskudna. Niezależnie która.
Młodzież do 25 roku życia. NOT
Skończyłam 25 lat, skończyła się moja młodość. Trzeba by się zacząć zachowywać godnie i statecznie i wyrzucić błyszczyk z Hello Kitty ;)
Od zawsze mam tendencję do robienia jakiegoś przeglądu, podsumowania roku, lub całego życia w urodziny właśnie. Dzisiaj pomyślałam o czasach, kiedy byłam nastolatką i miotałam się strasznie w poszukiwaniu swojej drogi. Przeszłam przez etap ostrego ateizmu – to nawet wcześniej niż w czasach nastoletnich, wiarę w Boga utraciłam jeszcze przed Pierwszą Komunią. Tak, tak, przed tym wydarzeniem, jak sobie uświadomiłam, czego ode mnie oczekują, stwierdziłam, że ja nie widziałam, nie mam dowodów, to nie wierzę. Rodziców na szczęście mam sensownych, więc mnie nie zmuszali, trochę namawiali, miałam spotkania z katechetką, która też namawiała (ale też na szczęście była sensowna), więc nikt mnie nie zmuszał i w końcu nie przystąpiłam. A z kolei jak miałam 17 lat, pojechałam na wakacje na pięć tygodni do Moskwy i tam w pewnym momencie tak mi zabrakło polskiego języka, że poszłam na mszę do katedry polskiej, tylko po to, żeby posłuchać ojczystej mowy. I kazanie wygłoszone tam do mnie przemówiło, postanowiłam, że chcę spróbować. Spróbować zrozumieć, co ludzie w “tym” widzą, jak to działa. Zaczęłam regularnie chodzić na msze, potem pojechałam na Sylwester na Taize do Paryża. Co prawda noc sylwestrową spędziłam zamiast na imprezie religijnej, z tańcami i śpiewami pobożnymi szalejąc na Champs Elise, gdzie tradycją jest po północy całowanie się w usta z obcymi ludźmi dookoła. Tak, wiem, ale usprawiedliwia mnie że: a) byłam MŁODA, b) i tak było to mniej obciachowe niż inna grupka Polaków, idąca środkiem tej ulicy i rycząca “Polskaaaa, biało-czerwoooooni!”
Przechodziłam etap ostrego zainteresowania skrajną prawicą, nieco później skrajną lewicą. Popełniłam nawet publikacje zarówno w periodyku pierwszej z tych grup, jak i drugiej. Żeby było śmieszniej, czas od składania numeru do wydania tego skrajnie prawicowego pisma był taki, że jak już numer tego kwartalnika, który jednak z powodu problemów finansowych ukazywał się w podwójnych numerach co pół roku, to ja już byłam po tej drugiej stronie i tego samego dnia, co wyszedł drukiem numer pierwszego pisma z moim tekstem, ja się dowiedziałam, że naczelny drugiego pisma przyjął mój wiersz do publikacji. Moja przyjaciółka z liceum tylko wytrzeszczyła oczy, jak najpierw przybiegłam jej pochwalić się opublikowanym tekstem w skrajnie prawicowym piśmie, a dwie godziny później przybiegłam z radosną wieścią, że naczelny lewackiego pisma przyjął coś mojego do publikacji.
No i oczywiście do tego zakochiwanie się w amantach filmowych (kochałam się w Davidzie Duchovnym aka Foxie Mulderze z “X files”), w facetach z realnego życia, w chłopaku z liceum będącego dwie klasy wyżej, w synu Bronisława Wildsteina, w jednym wykładowcy z Wydziału Filozofii UW, w jednym gospodarzu schroniska górskiego w Bieszczadach…
I konflikty w szkole, przez czytanie pod ławką, przez bycie inteligentniejszą niż nauczyciele, przez dociekliwość, przez niewielbienie Miłosza. I flirciki z subkulturami, punkami, hipisami, pacyfistami. Fascynacja egzystencjalistami – nosiłam obowiązkowe czarne swetry, czytałam Sartre’a, Kafkę, Orwella, wszelkie inne bardzo optymistyczne książki, poezję Wojaczka i Bursy i Świetlickiego, paliłam Gauloisy, w zastępstwie Gitanesów.
I konflikty z rodzicami, awantury o czytanie, zamiast odrabianie lekcji, o chodzenie późno spać (już wtedy mój zegar biologiczny twierdził, że noc to najlepsza dla mnie pora i że należy wstawać późno w dzień), o to, że chcę mieć przekłute uszy, o palenie papierosów…
Tak, tak, wczesna młodość to jeden z najbardziej przerąbanych okresów w życiu. Hormony szaleją, człowiek się miota, szuka, sprawdza, eksperymentuje, jest idealistą (ach, jak wspomnę czas, gdy zdzierałam gardło na manifestacjach przeciwko wojnie w Iraku i gadałam godzinami z alterglobalistami…). Ta wiara, ze wszystko można zmienić. I bolesne rozczarowanie, gdy się okazuje, że jednak nie można. I autorytety z hukiem spadające z piedestału. I te wszystkie szaleństwa. I to przeżywanie intensywne, bezrefleksyjne, rzucanie się z głową we wszystko. Z perspektywy czasu oceniam że to najbardziej przerąbany czas, ale też najmilszy do wspominania, gdy się jest już starszym i bogatszym w doświadczenia życiowe.
A dzisiaj rano pojechałam do pracy, odstawiłam po drodze dzieci do przedszkoli, szłam potem do korpo paląc papierosa i podśpiewując beztrosko “bam bam bira bam bam bira” z utworu Rihanny słuchanego na iPodzie i nagle się jakoś z głębi uśmiechnęłam, szczerze i w pełni. Poczułam się szczęśliwa. Mam mieszkanie, mam pracę, mam dwójkę cudownych dzieci, robię prawo jazdy, mam przyjaciół, rodzinę, lubego, mam trzy laptopy i piękny nowy pawlacz, dostałam świetny telefon w prezencie urodzinowym, mnóstwo osób złożyło mi życzenia…
Wieczorem przyjechał luby, zrobił mi porządek z kablami w podbiurczu, piliśmy wino, opowiadał przezabawne historyjki, dostałam pięknego storczyka, jestem zdrowa, mam plany, mam chęci, mam oczekiwania, mam siłę… Dużo mam. Naprawdę dużo.
zardzewiało mi coś
We mnie coś. W środku.
Dni są takie szare, tydzień był ciężki, w tym miało być cudownie, miało być pięknie, miało być ładowanie akumulatorków, a zamiast niego był jeszcze większy stres. Potem krótkotrwałą ulga, ale też niepokój, bo nie wiadomo co się dzieje…
G: wyszedlem już. nie pozwalali używać komórek, dlatego nie zadzwoniłem
K: szalałam z niepokoju wczoraj wieczorem, wymyślałam już rozmaite scenariusze. nawet że umarłeś
G: nie no, coś ty, jakbym umarł, tobym ci napisał smsa
K: obiecujesz?
G: obiecuję
K: kocham cię
G: ja ciebie też kocham
Jakiś zły czas, ciągle choroby, ciągle jest szaro i mokro, mam chroniczny niedobór snu, czy się położę o 23, czy o 1 w nocy jestem tak samo nieprzytomna, nawet po krótszym śnie lepiej funkcjonuję.
Gdzieś coś się zacięło we mnie, jakiś trybik nie działa, ogarnia mnie poczucie ciągłej klęski, wstaję, idę do pracy, normalnie rozmawiam, nawet żartuję, piszę maile, bawię się z dziećmi, oglądam “Grey’s anatomy”, niby wszystko tak normalnie, a jednak brakuje w tym jakiejś iskry, funkcjonuję jak robot, ze ściśle wyliczonym czasem na poszczególne czynności, żeby za dużo nie myśleć. W ogóle nie myśleć. Jak myślę o jutrze, pojutrze, zimie – boję się. Zaszywam się w kokonie identycznych dni wypełnionych obowiązkami.
Jedynie w sobotę ostatnią byłam na Nocnym Maratonie Blogerów – bardziej towarzyska niż artystyczna impreza, dość dziwna dla osób nieblogujących, podstawowe pytanie, jakie słyszałam, jak komuś o tym mówiłam, brzmiało: “ale po co?”. No po co, ot, żeby się spotkać, pogadać, popieprzyć głupoty i trochę popisać zbiorowo jednego bloga.
Zdjęcie mi ładne zrobiono
(foto: Iskanna)
Miło było, ale to oczywiście noc w plecy, bo impreza trwała do 6 rano…
Nic, jeszcze będzie ciepło, jeszcze będzie lepiej, urodziny się moje zbliżają, od paru lat jestem smutna w urodziny, ale tym razem będzie inaczej, czuję to.
borderline
Lubię emocje. Jestem jak wampir, dają mi siłę, energię. Lubię hormony. Adrenalinę, testosteron, endorfiny. Jestem uzależniona od intensywnego przeżywania.
***
Masz przyjechać do mnie o 8 rano, nie przyjeżdżasz, piszesz na ircu dwie godziny wcześniej, że chcesz dać mi się wyspać po imprezie. Odpisuję, że i tak się obudziłam, dzwonię, nie odbierasz, wściekam się. O 9 się odzywasz, kłócimy się, lata pierze, przepraszasz. Przychodzisz trzy godziny później, pijesz kawę, dajesz mi słuchawki, ja tobie ostrza do golarki – kupujemy sobie nawzajem przy okazji potrzebne rzeczy. Opowiadam ci o imprezie, pokazuję nowe szpilki, które ci się podobają i gdy je zakładam słyszę twój pomruk uznania i spojrzenie pełne podziwu, że jestem aż tak wysoka w nich i sięgam ci dużo wyżej niż do ramienia. Przytulamy się, zabierasz mi papierosa na drogę, jedziesz. Ja zostaję z dziećmi, bawimy się, jemy, porządkujemy, potem śpimy trochę przy zapętlonym kawałku Recoil.
Tak, bywa różnie, kłócimy się, godzimy, czasem jest super, a czasem mam ochotę cię zamordować, ty mnie tak samo, ten związek to przejażdżka rollecoasterem, szybko, intensywnie, wariacko, góra, dół, huśtawka, nagłe zwroty akcji. Zjem cię, pożrę, wchłonę.
A potem zamieszkamy w Bieszczadach, w drewnianej chatce i będziemy jeść jagody i kochać się codziennie.
I want to know if you read me
I want to swing with my eyes shut and see what I hit
I want to know just how much you hate me so I can predict what you’ll do
I want you to know the wounds are self-inflicted
I want a controlling interest
I want to be somewhere beautiful when I die
I want to be your secret hater
I want to stop destroying you but I can’t
And I want and I want and I want
And I will always be hungry
And I want and I want and I want…
