Archiwa kategorii ‘szczuję’

Ekodebilizm

Natrafiam ostatnio w sieci na rozmaite ekologiczne wymysły i sama nie wiem czy śmiać się, czy płakać, czy pukać w czoło. Względnie zrobić facepalm. Dla niektórych troska o środowisko stała się jakąś chorą, fanatyczną obsesją, zmierzającą do tego, żeby jak najbardziej odmienić życie ludzi i pozbawić je wielu praktycznych rzeczy, które tak je ułatwiają. Pominę energooszczędne żarówki, których z całego serca nienawidzę,  z wielu powodów. Pominę nawoływania do segregacji śmieci, którą owszem, można sobie w domu robić, ale co z tego, skoro w promieniu kilometra od domu nie ma żadnych pojemników na te posegregowane śmieci, a zsyp w bloku również ma jedną dziurę. Pominę też pomysł oddawania moczu pod prysznicem, gdy ktoś nie ma prysznica zapewne miałby sikać do wanny, a pomysł brania kąpieli w wannie, do której się regularnie siusia wydaje mi się dość obrzydliwy.

Ale o to mamy „ekologiczne podpaski i tampony”. Ekologiczne – czyli wielorazowe. Takie oto. Śliczne! Kolorowe! Przyjemne w dotyku. Uhm, jasne. Po pierwsze doskonale widoczne pod obcisłymi spodniami. Po drugie, wymagają ciągłego prania, a krew, jak wiadomo, spiera się dobrze tylko w zimnej wodzie. Po trzecie, w przypadku chęci zmiany takiej podpaski, zużyty wkład trzeba wyjąć i gdzieś przechować do czasu możliwości uprania – twórca tego wynalazku radośnie proponuje „nieprzemakalna saszetkę zamykaną na suwak i podzieloną na przegródki, dzięki którym można w niej przechowywać jednocześnie nie używane i używane podpaski.” Jeżeli jesteś poza domem, możesz zbierać zużyte podpaski z całego dnia do saszetki – pisze dalej. Wyobrażacie sobie chodzić cały dzień z saszetką z zakrwawionymi kawałkami materiału w torebce? A weź to potem wieczorem dopierz, często przecież bywa tak, że po 8 godzinach pracy gdzieś jedziemy, mamy jakieś spotkanie, zajęcia, zakupy do zrobienia i w efekcie w domu jesteśmy dopiero późnym wieczorem. Z pewnością każda zmęczona pracą (i miesiączką!) kobieta marzy wtedy o praniu ręcznym. Jedna z użytkowniczek tego wynalazku pisze zresztą „świetne, używam od roku, mają tylko jeden minus – nie dopierają się” (wybielaczy i wszelkich odplamiaczy nie wolno używać, bo to oczywiście nieekologiczne). Wspaniały wynalazek, nieprawdaż?

Dla pragnących jeszcze większej wygody, naszykowano „kubeczek menstruacyjny” - wielorazowy, ekologiczny tampon, wykonany ze specjalnego, medycznego silikonu, który jest hypoalergiczny. Wkładasz go na miejsce, gdy się napełni wyjmujesz, myjesz, wkładasz z powrotem… I tak nawet przez 10 lat, bo wg producenta tyle właśnie wytrzymuje. Ciekawe, skąd wg producenta kobieta ma wiedzieć, że już czas taki kubeczek wymienić, zawsze mi się wydawało, że tampony po to wymyślono, żeby nie musieć w ogóle pamiętać o tym, że coś tam z ciebie wycieka. Oraz jak umyć kubeczek, gdy w kabinie jest tylko sedes, a umywalki są ogólnodostępne, już widzę kobietę, która radośnie wyjdzie z takim zakrwawionym kubeczkiem przed sobą, umyje go w umywalce przy asyście zdumionych kobiet przy sąsiednich umywalkach, a potem wróci do kabiny, żeby kubeczek założyć ponownie, po czym jeszcze raz pójdzie umyć ręce. Praktyczne, nie ma co, jakaż oszczędność czasu.

Ale, ale, jeśli miesiączka to taka uciążliwa rzecz, to może w ogóle jej się pozbyć? I nie, nie zachodząc co chwilę w ciążę, tylko stosując odpowiednią dietę.  W tym tekście najpierw autorka przedstawia miesiączkę jako „przygnębiające doświadczenie”, dni pełne „niedyspozycji, dyskomfortu i bólu”, „poczucie klątwy”, twierdzi nawet, że to rzecz „ani naturalna ani zdrowa”. I zaraz proponuje cudowną dietę, która całkowicie eliminuje tą straszną rzecz z życia kobiety. Trzeba otóż przestać jeść „produkty pochodzenia zwierzęcego t.j. mięso, ryby, artykuły mleczne, jajka oraz przetworzone produkty roślinne t.j. rafinowane węglowodany typu biała mąka, biały cukier, ponad to sól. Trzeba również znacząco ograniczyć spożywanie pieczywa oraz przetworzonych olejów włącznie z olejami roślinnymi.” De facto proponuje przejście na dietę witariańską (czyli same surowe owoce i warzywa). No tak, to już dawno zostało naukowo potwierdzone, że gwałtowne odchudzanie się i niedożywienie powoduje zanim miesiączki. Baaardzo zdrowo, bardzo. Jakkolwiek jeszcze straszniejsze jest to przedstawianie miesiączki jako „klątwy”, której każdy się chce pozbyć. Jasne, miesiączka nie jest może najprzyjemniejszą rzeczą, ale imo jest tak nieodwracalnie związana z kobiecością, że czułabym się bardzo nieswojo nie mając jej. No i ciekawe jak niby wcześnie podejrzewać ciążę, gdy się nie miesiączkuje na stałe.

I tak dalej, i tak dalej, skupiłam się tutaj tylko na wymysłach dotyczących miesiączki, ale jest tego znacznie więcej, ekologiczne kuleczki ceramiczne do prania (bo detergenty przecież wynaleziono tylko po to, żeby zbijać na tym kasę, do prania wystarczy sama woda), pomysł niekupowania ubrań przez pół roku (szczególnie przy małych dzieciach wykonalne…), używanie cytryny, octu i sody do sprzątania, wielorazowe kubeczki papierowe od picia (po poprzedniej osobie oddziera się tylko pasek kubka z góry).
Coraz więcej pomysłów „z kosmosu”, coraz bardziej przekonujących normalnych ludzi, że ekologowie to grupka oszołomów z idiotycznymi pomysłami. A gdzie się podziały zwyczajne porady, żeby zakręcać kran, jak się myje zęby czy gasić światło wychodząc z pomieszczenia? Przypuszczam, że większość ludzi tego nie robi. Tak samo jak nie będzie używać podpasek wielorazowych.

Erystyka to niełatwa rzecz

Znalazłam dzisiaj na pewnym blogu „katolickiego stylisty” wpis o sztuce nakrywania do stołu. Traktował on poważnie o obrusie, kolejności kładzenia na stole poszczególnych elementów nakrycia, tudzież zasadach podawania cukru. I na samym końcu tego poważnego wpisu znalazło się zdanie „Dawniej za nabranie cukru własną łyżeczką od filiżanki obcinano rękę”. Sprowokowało mnie ono do zadania autorce pytania, skąd taką wiedzę posiada. Najpierw dostałam wymijającą odpowiedź, że to i tak pikuś, w porównaniu z tym, co opisał ktoś na innym blogu, jak to w chilijskich więzieniach psy gwałciły kobiety. Hm. Dość drastyczne porównanie, niemniej drążyłam dalej – skąd takie stwierdzenie. Autorka spytawszy czy link do Wikipedii mnie zadowoli, następnie wyznała, że żeby taki link mi podać, musiałaby wpierw taką treść w Wikipedii zamieścić. Po czym wyjaśniła: „a z tego, co widzę, to w Wikipedii można wszystko napisać :)))” Cóż, wydaje mi się, że to pewne niezrozumienie idei Wikipedii – teoretycznie można, tak, ale jak tylko zauważy to ktoś z licznej rzeszy osób przeglądających i weryfikujących treści w tej encyklopedii, to taka „rewelacja” błyskawicznie zniknie stamtąd, to po pierwsze. Po drugie takie działania, jak wpisywanie do ENCYKLOPEDII głupot jest wielce niestosowne i utrudniające pracę innym. Szkodzące ogółowi internautów. Ale pominęłam to i napisałam tylko, że w takim razie, skoro to tylko wymysł autorki, to nierzetelnym jest opisywanie tego w sposób, jakby to była prawda. Na to usłyszałam zarzut o braku poczuciu humoru i nieumiejętności rozpoznania żartu.
Hm, mam spore poczucie humoru, ale takie zdanie nijak nie wygląda na żart, gdyby przeczytał to ktoś młodszy i mniej wiedzący o świecie mógłby spokojnie uznać to za prawdę, skoro za kradzież ucinano rękę, to może i za nietakt przy stole, kto wie. Zupełnie inaczej by to wyglądało, a żart byłby czytelny, gdyby autorka napisała „szkoda, że nie obcina się ręki za nabieranie cukru własną łyżeczką”. I tak mało wyrafinowany to humor, ale przynajmniej nie udawało by to prawdziwego stwierdzenia.
Ale i to nie koniec – dalej próbowałam dyskutować o tym, czemu właściwie kwestia obrusa na stole przy każdym posiłku jest tak ważna i czy rzeczywiście próbuje się tu powiedzieć, że dom, w którym takie zjawisko nie występuje jest niekulturalny – i niestety okazało się, że w sytuacjach kiedy ktoś nie popiera w pełni jej tez, autorka totalnie się wykłada. Nie potrafi rzeczowo, konkretnie kontrargumentować, tylko albo atakuje adwersarza „nie masz polotu, emocjonalnie odbierasz moje wpisy, już ci chyba wystarczy lektury mojego bloga” albo ignoruje głosy krytyczne.
I wiecie co? Bardzo się rozczarowałam. Trafiłam na osobę wygłaszającą bardzo „mocne”, stanowcze tezy, głoszącą dość radykalne podejście i miałam nadzieję na żywą dyskusję, w której będę mogła szerzej poznać punkt widzenia tej drugiej osoby. Bo to jest ciekawe, rozwijające, przyjemne. A tu guzik. Kategoryczne stwierdzenie „obrus jest ważny”, ale już rozwinięcie tej tezy, wytłumaczenie dlaczego i próba zachęcenia kogoś do spróbowania takiego sposobu podawania obiadów zawsze przerasta autorkę. Te wpisy nie są pisane po to, by kogokolwiek zachęcić do takich zachowań, jakie autorka uważa za słuszne – nie, one są po to by pochwalić tych, którzy się stosują, oraz kategorycznie potępić tych, co tego nie robią. A to żadna metoda motywacji dla większości z nas.
Owszem, w pewnym momencie dyskucji w komentarzach ktoś napisał że to wcale nie chodzi o obrus, tylko o to, że „stopniowo uznajac coraz wiecej rzeczy za niewazne i lekcewazac badz eliminujac je z zycia mozna doprowadzic do jego bylejakosci.” I świetnie, to jest bardzo dobry argument i wyjaśnia wszystko oraz ja osobiście z tą tezą się jak najbardziej zgadzam. Tylko że to nie było wyjaśnienie autorki. Ją było stać jedynie na rzucenie zarzutu lenistwa i braku kultury u osób, które tego nieszczęsnego obrusa na co dzień nie używają.
Szkoda. Nie sztuka głosić swoje poglądy, trzeba umieć też ich bronić. Oraz spokojnie przyjmować krytykę.

Głupie ciućmy z IMAX

Poszliśmy z Lubym do kina. Na Avatar. Oboje pracujemy, mamy mnóstwo zajęć, a film 3-godzinny, więc znalezienie czasu nie było takie łatwe, tym bardziej, że jeszcze musiała móc moja opiekunka do dzieci. Ale udało się, kupiłam bilety w poniedziałek, dzisiaj prosto z pracy pojechaliśmy do Sadyba Best Mall do kina. Kupiliśmy nachosy i picie, założyliśmy okularki, napstrykaliśmy sobie lansiarskich fot w nich, w końcu doczekaliśmy się filmu. Pierwszy raz byłam na filmie 3D, więc na samym początku rozgłośnie wrzasnęłam wystraszona, jak tuż przed nosem przeleciał mi reflektor oświetlający logo wytwórni 20th Century Fox. A potem wcisnęłam się w fotel z wrażenia. A potem próbowałam łapać krople wody, ludzi, liście, przedmioty, które były TUŻ PRZEDE MNĄ PRZECIEŻ. Luby kilka razy ze śmiechem mi szeptał: „tego tu naprawdę nie ma!”, potem nawet przestał, bo ja ciągle ulegałam złudzeniu. Rewelacja, od razu pokochałam to 3D.

No i tak siedzimy, oglądamy, miło, fajnie, akcja się rozkręca, zaczyna się robić naprawdę interesująco… I nagle około 3 sekund dźwięku zaczyna się powtarzać. W kółko. W pierwszej chwili nawet myśleliśmy że to tak właśnie jest, że to jakieś okrzyki bojowe tych całych Na’vi, bo układało się to w coś w rodzaju jednostajnej pieśni, a wszystkie postaci akurat tylko szły do wioski. Ale doszli, zaczęli rozmawiać, pojawiły się napisy i stało się oczywiste że coś jest nie tak, że ten dźwięk się po prostu zaciął, zapętlił i to jest bardzo niedobrze.
No i się zaczął dramat. Ludzie się oglądają do tyłu na kabinę operatora, wołają, klaszczą, gwiżdżą – nic. Po kilku minutach wyleciał jeden mężczyzna z widzów i pobiegł do obsługi na zewnątrz sali. Chwilę go nie było, wrócił, za nim pojawił się jakiś pracownik. I nic. Film dalej leci, już około 8 minut, obraz jest, dźwięk zapętlony w coraz bardziej irytującej kakofonii, pracownik cośtam dzwoni na górę, ale tam operator albo śpi, albo ogłuchł, albo obmacuje babę, albo w ogóle poszedł w pizdu…
Ostatecznie po 12 minutach udało im się wyłączyć, ktoś w końcu wyszedł i powiedział nam że się zepsuł komputer, dalszej projekcji nie będzie i ma 3 propozycje. Pierwsza: przejdziemy do drugiej, mniejszej sali, gdzie od 15 minut leci ten sam film, ale jest tam widownia. Propozycja dość absurdalna moim zdaniem, bo 45 minut powtórki, a  co gorsza beznadziejne miejsca, pierwsze rzędy albo i schody. No i to średnio w porządku wobec tamtych widzów, jednak to film, w którym dużo się dzieje, który się ogląda pilnie, a tu nagle zwala się tłum ludzi, zasłania, bije się o najlepsze z kiepskich miejsc i ogólnie straszne zamieszanie. Jednak sporo osób poszło na to, reszta wybrała drugą opcję, czyli w zamian bilety ważne przez pół roku na dowolnie wybrany film we wszystkich kinach sieci IMAX, albo trzecią, czyli zwyczajny zwrot biletów.
Wzięliśmy te bilety ważne pół roku i z zawiedzionymi minami wyszliśmy z kina. Jeszcze słuchaliśmy rozmów ludzi koło nas wychodzących i ktoś smętnie mówił, że no tak, wprawdzie za bilet na film oddali, ale pieniędzy za bilety kolejowe z Grodziska mu nikt nie zwróci, podobnie jak za colę i popcorn. Jedzenie i picie nieobowiązkowe niby, ale za dojazd z daleka – głupio. No i czas, i wydane pieniądze na dojechanie drugi raz… Ehh.
Jednak co było naprawdę skandaliczne, to ten czas reakcji pracowników kina IMAX w Warszawie. No bo ja rozumiem, że coś się może popsuć. Ale reakcja powinna być natychmiastowa, a nie dobre kilkanaście minut, podczas których film leci z popsutym dźwiękiem. To było bardzo nieładnie i na drugi seans zdecydowanie pójdziemy do innego kina, nie tylko tam jest wersja 3D.

Chude żyrafy i wieloryby

Ostatnio z kilku miejsc słyszę że nadchodzi „koniec ery anorektycznych modelek.” Że czas na zaokrąglone ciałka, normalne kobiety, seksowne fałdki, koniec z modelkami, które mają tylko skórę i kości i ubrania na nich wiszą.
I pewnie znów mi się dostanie, jak za pierwszą notkę na tym blogu, o podobnej tematyce, ale ja jestem sceptyczna.
Po pierwsze, o tym „końcu ery anorektycznych wieszaków” słyszę od dobrych kilku lat, a jakoś nie widuję na pokazach tych ‘krągłych”.
Po drugie wielcy projektanci, modelki, wybieg, haute couture – to wszystko jest taki trochę inny świat. Bajkowy. Bogaty. Piękny. Nie oczekujemy na wybiegach „dziewczyn z sąsiedztwa”, oczekujemy odstrzelonych lasek, nierealnie wręcz wysokich, smukłych, wymalowanych i uczesanych tak, jak same nigdy nie wyglądamy na co dzień. To jest bajka, to jest magia, to jest coś nierealnego, miłe dla oka oderwanie się od rzeczywistości.

Nigdy nie chciałam być modelką, nigdy się nie odchudzałam. Nigdy nie przeżywałam zazdrości, patrząc na laski z wybiegów. Jestem szczupła, ale bardzo niska, więc i tak nie miałabym szans. Bynajmniej mnie to nie smuci, ciężka fizyczna praca w sumie. I tylko na kilka (naście) lat życia.
I chcę dalej cieszyć oko tą bajką, tymi niewiarygodnie zgrabnymi dziewczynami z nogami do szyi. Bo nie mam kompleksów, bo wiem że to maleńki odsetek kobiet, że trudno jest tak wyglądać, że to wiele godzin ćwiczeń, diet, makijażu, itd., itp.
A w tym „zwykłym” świecie jest pełno pięknych dziewczyn, którymi się mężczyźni interesują, które kochają, podziwiają, cenią. W czym więc problem?

Przy okazji: czy określenie „żyrafy” wydaje się wam pogardliwe? Użyłam go, w określeniu modelek w trakcie dyskusji gdzie indziej i zaraz ktoś uznał że to „wysoce niekulturalne”. Och, och. „Wieszak” można, ale „żyrafa” już nie? Interesting.