Eksperyment kulinarny nr 3 czyli wieprzowina curry

Przepis ten dostałam od swojego eks i po drobnej modyfikacji używam bardzo często. Dobre, dość proste, bardzo sycące i można jeść przez dwa, trzy dni. Podane proporcje są w założeniu na 4 dorosłe osoby:

Zaczynamy od mięsa, najlepszy jest schab, pół kilo kroimy na kawałki 1x1cm. Na patelnię nalewamy łyżkę oleju/oliwy i podgrzewamy na maxa, po czym obsmażamy wieprzowinkę, i natychmiast po podsmażeniu przesypujemy do rondla. Sztuka polega, aby odsmażyć, nie udusić. Następnie kroimy 2 cebule na drobną kostkę, smażymy do zeszklenia i dorzucamy do mięska. Do tego dodajemy opakowanie czosnku w proszku (50g). Dolewamy wody, tak, aby płyn wypełniał rondel do poziomu mięsa (by było przykryte) i dodajemy 100g curry łagodnego w proszku. Mieszamy i dusimy 30 minut. Po tym czasie dodajemy puszkę kukurydzy, mieszamy, po pięciu minutach dodajemy 1 puszkę fasoli białej i 1 puszkę czerwonej w zalewie. Po następnych 5-10 minutach danie jest gotowe.

W oryginalnym przepisie zamiast dolewania samej wody, wlewało się gorącą wodę z rozpuszczonymi dwoma kostkami rosołowymi, ale po pierwsze ja tego nie używam, po drugie z tym było bardzo słone, stąd mówię, że przepis jest z drobnymi modyfikacjami. Ważne też, jeśli nie lubimy zbyt słonych potraw, żeby fasolka była firmy Bonduelle – zalewa jest najmniej słona i najlepsza w smaku. Co do curry, to kto jakie lubi (i oczywiście nie trzeba koniecznie dodawać aż tyle, ja daję trochę mniej), dobrze się sprawdza Kotanyi albo Prymat, Kamis jest trochę za mocny moim zdaniem. Najtrudniejsza część to oczywiście obsmażenie wieprzowiny, oraz uważanie, żeby w czasie tych 30 minut gotowania nic nie przywarło.

„I nie opuszczę Cię aż do śmierci”

Artykuł o współczesnych konwencjach ślubno weselnych – głównie o fotografii weselnej.
I obszerny cytat:

Wiele par znudziła tradycyjna romantyczność. Chcą landrynki pikantnej.
Karolina Dudek: – Po 2000 r. pojawiły się sesje „trash the dress” z niszczeniem sukni – taplanie się w morzu, w żwirze, w błocie, bieganie po fabrykach.
Sławomir Sikora: – W dawnym rytuale ślub oznaczał rozstanie panny młodej z rodziną. Dlatego w pieśniach weselnych pojawiał się motyw płaczu, śmierci.
Wpis w blogu grupy weselnych fotografów: „ »Trash the dress « już nam nie wystarcza, zapragnęliśmy czegoś nowego. Tak powstały sesje ślubne »kill the bride «”.
Panna młoda nieżywa, wciśnięta do bagażnika. Pan młody z łopatą.
Pan młody z nożem. Panna młoda na podłodze prosektorium.

I to był fragment, po którym dalszą część tekstu przeczytałam tylko po to, żeby doczytać do końca. Bo w zasadzie przestało mnie interesować co dalej. Z nożem ? W bagażniku?? Nieżywa? Wyraz, kurwa, miłości?! Nie, ja tego nie ogarniam, to dla mnie za dużo. Nie nadążam za tym światem. Taka sesja nawet nie z okazji ślubu wywołuje moje zdziwienie. Ale jako sesja po ślubie, na którym się przysięga – i nie opuszczę Cię aż do śmierci?
Ślub to wyraz miłości. Miłość zwycięża śmierć. Znów posłużę się cytatem:

Miłość niczego więc nie żąda od drugiego, poza owym pragnieniem utrwalenia jego istnienia. Wyznawać drugiemu miłość to znaczy właściwie mówić mu tylko jedno słowo: „bądź”. „Bądź” na wieczność. Miłość, wychodząc od odkrycia istnienia drugiego: „ty jesteś”, zamienia je w życzenie, które jest wyznaniem miłości: „bądź”.
Lecz właśnie temu „bądź” kładzie kres śmierć. Doświadcza się jej tym bardziej, im bardziej intensywnie doświadcza się owego pragnienia, by drugi istniał na wieczność. W łonie doświadczenia miłości, i to od samego jego początku, pojawia się więc lęk przed utratą drugiego. Nie tyle przed jego zdradą, ile przed ostatecznym zagarnięciem go przez śmierć. Miłość dna jest od samego początku wraz z tym lękiem i może być także za jego cenę.
Miłość i śmierć toczą więc ze sobą walkę. Obie usiłują zapanować nad istnieniem ukochanego. Miłość jednak wierzy w istnienie wiecznego trwania. Pisał Gabriel Marcel” „Ukochać jakąś istotę – mówi jedna z moich postaci – to powiedzieć: ty nie umrzesz?”. Czy miłość i śmierć są jednak tylko wrogimi mocami, skoro bez śmierci nie moglibyśmy wyznać miłość, tego „bądź” na wieczność, a bez miłości nie mielibyśmy nadziei na pokonanie progu śmierci?

(Tadeusz Gadacz „O umiejętności życia”)

Tyle za komentarz.

wykształcił polityka biciem po gębie*

* „Ekipa” Agnieszki Holland, odcinek 6

Co nasz wykształca, tworzy, formuje? Co ma największy wpływ na nasze podglądy, wybory, emocje? Ludzie, książki, telewizja, miłość, śmierć? Właściwie i tak wszystko się zawiera w słowie „ludzie” – bo to ludzie piszą książki, tworzą telewizję, ludzi kochamy, ludzie umierają. Dobrze więc, ale co w tych ludziach? Co ma największy wpływ na to, jakimi się stajemy? Emocje, których dostarczają nam inni, ale które my przeżywamy? Poglądy, które mniej lub bardziej świadomie przyjmujemy za swoje, bo ktoś nas porwał za sobą, bo kogoś kochamy, szanujemy, cenimy? Słowa, które zapadają mocno i głęboko w pamięć? Dlaczego jesteśmy tacy, a nie inni, dlaczego przyjmujemy punkt widzenia zgodny z takim, a nie innym poglądem? Kto ma na nas największy wpływ? Czy ci, których kochamy, czy ci, których nienawidzimy? To bardzo podobne uczucia, jeśli chodzi o ich siłę, ale są na dwóch biegunach.

Może pytania, które stawiam, dla niektórych są banalne. Może. Dla mnie wciąż są zagadką, za młoda jestem, za mało przeżyłam. Uczę się siebie, uczę się jak funkcjonuje świat, jaka jestem, próbuję przewidzieć jaka mogę być.
Wy wiecie co w ludziach ma na Was największy wpływ?

Ludzie są źli i głupi

Piąty dzień od katastrofy pod Smoleńskiem. Tam trwa identyfikacja ciał ofiar, tu co chwilę ląduje samolot z trumnami. Długie i przejmujące ceremonie na lotnisku, kondukty żałobne, płaczące rodziny, przyjaciele, obywatele. Przeszywające dreszczem obrazy długich rzędów trumien. Żałoba. Żałoba?
Nie przeciwko Kaczyńskiemu na Wawelu. Tak dla Kaczyńskiego na Wawelu. Chowanie Kaczyńskiego na Wawelu to hańba i bezczeszczenie tego miejsca. Popieram. Nie popieram. Tak. Nie. Kaczyński do piramidy Cheopsa. Na Marsa. Ja chcę być pochowany na Wawelu. Ja nie chcę być pochowany na Wawelu.
Coraz większy niesmak i coraz większe zażenowanie. Przypomina się film Koterskiego „Dzień świra”. Tam politycy szarpali między sobą wielką flagę Polski. Ach, och, jakie to trafne, jakie prawdziwe, tak właśnie jest – mówili wtedy ludzie. Teraz ci sami ludzie szarpią trumnę Lecha Kaczyńskiego. Na Wawel. Nie na Wawel. W lewo. W prawo.
I nie kończy się to tylko na grupach na Facebooku, na jednym kliknięciu. Ci ludzie wychodzą na ulice. Krzyczą. Gorliwie stają przed kamerami, żeby wypowiedzieć swoją Jedyną Słuszną Prawdę. Żądają od mediów reakcji. Żądają działań. Malują transparenty, wymyślają hasła, które potem wykrzykują na ulicach.
Co będzie następne? Rzucanie się na trumnę, w czasie przewozu jej na Wawel podczas pogrzebu? Palenie opon zamiast zniczy? Rękoczyny? Od wznoszenia okrzyków wśród tłumu jest blisko do agresji fizycznej. Jestem zażenowana i przerażona.
To, gdzie Prezydent Polski będzie pochowany, to nie nasza to decyzja. Czasem trzeba cos ZAAKCEPTOWAĆ i tyle. A nie drzeć ryje nad trumną.

Opamiętajcie się, pokasujcie te idiotyczne grupy. Zachowajcie odrobinę godności.

Maciek ma rację, ludzie są źli i głupi.

Lech i Maria Kaczyńscy

(fot. PAP)

Lasy płonęły -
a oni
na szyjach splatali ręce
jak bukiety róż

ludzie zbiegali do schronów -
on mówił że żona ma włosy
w których się można ukryć

okryci jednym kocem
szeptali słowa bezwstydne
litanię zakochanych

Gdy było bardzo źle
skakali w oczy naprzeciw
i zamykali je mocno

tak mocno że nie poczuli ognia
który dochodził do rzęs
do końca byli mężni
do końca byli wierni

do końca byli podobni
jak dwie krople wody
zatrzymane na skraju twarzy
(Zbigniew Herbert, „Dwie krople”)

To nie chodzi o zdjęcia. Chodzi o to, żeby tam być, zobaczyć, poczuć, zapamiętać. To historyczna chwila i cieszę się, że mogłam być jej częścią. Morze zniczy, kwiatów, tłum ludzi, a jednak wielka cisza. Spokój. Pomaganie. Bycie razem.
Jak to ładnie ujął Pandziak, którego spotkałam w drodze pod Pałac, i z którym tam poszłam: „Pod palacem było spokojne i tłumnie. Ludzie się nie pchali, zapalali sobie znicze. Własnie takie małe rzeczy zostają potem w pamięci.”
Tak było. Wielki tłum, falujący we wszystkich kierunkach, ale ani razu nie dostałam nawet kuksańca łokciem, zero agresji. Ludzie podawali sobie znicze i kwiaty nad głowami, użyczali sobie zapałek, zapalniczek, przepuszczali się. Ludzie z psami, dziećmi, młodzi starzy, ze wszystkich stron płynęli strugą pod Pałac. Pobyć tam, zapalić świeczkę, pomodlić się, wpisać do księgi kondolencyjnej, popłakać razem.
Nie wierzyłam. Płakałam. Złościłam się. Pytałam. Czytałam. Rozmawiałam. „Psychologowie rozróżniają kilka faz żałoby. Pierwszą jest szok, potem zaprzeczenie, rozpacz, odczuwanie krzywdy i agresja, wreszcie reorganizacja.” Nie wiem, kiedy przejdę do tej ostatniej. Teoretycznie cały czas muszę być zorganizowana, bo życie trwa dalej, praca, dzieci, opiekunka, ale cały czas mam w głowie chaos i czuję się zagubiona.

***

Wieczne odpoczywanie racz Im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj Im świeci na wieki wieków. Amen.

bo to wszystko jest dziwne i mi się cholernie podoba

I żeby to chociaż było stąpanie po kruchym lodzie. A nie jest, z każdym krokiem okazuje się, że ten lód jest mocny, że można po nim iść, chociaż pod spodem kłębi się lęk, poczucie winy, niepewność, niewiedza, co z tym wszystkim dalej zrobić. Ale cholera, rzecz w tym, że my idziemy po tym lodzie, dalej i dalej. Dalej Wzwyż i dalej w Głąb. Więcej i więcej i więcej.
I nawet przeboleję Coehlo, bo przecież też czytałam, żeby przekonać się, czym to jest.

(wiem, hermetycznie bardzo, czasem i tak muszę)

Przyszła wiosna baronowo

Wzloty. Upadki. Przyszła wiosna i rozłożyła mnie na łopatki. Kicham, mam katar, nie jem przez 4 dni, to znów rzucam się na jedzenie jak oszalała. Czuję się jakbym miała gorączkę, choć termometr twardo pokazuje normalną ciepłotę ciała. Chodzę regularnie pić i spotykać się z ciekawymi ludźmi, daje to pewne poczucie rytmu, poza tymi dniami rytm jest nierówny, zaburzony, chaotyczny. Od entuzjazmu i zapału po apatię, lęk, zagubienie. Ludzi się patrzą, ludzie dzwonią, ludzie mówią, proszą, dziękują, chcą wejść w interakcję, każda interakcja jest problematyczna, nigdy nie wiadomo, co się stanie. Giną mi rzeczy, zapodział się gdzieś pilot (i tak mało telewizji oglądam), zaginęła pewna ilość kolczyków, giną mmsy wysyłane na Blipa (ode mnie wychodzą, tam nie przychodzą, giną w nieokreślonej przestrzeni cyfrowej), znikają gumki i wsuwki do włosów, gubię rachubę czasu, gubię się w tym co czuję. Powoli zapominam, uczę się żyć bez, z, pomiędzy. Robię zdjęcia, piszę, dokumentuję, zbieram. Pracuję. Bywam niewidzialna wtedy (pozdro, Kali), oh, well. Bywa. Prowadzę rozmowy na Skype, które mają być flirtem, a rozwijają się w bardzo pouczające rozmowy o tematyce zupełnie mi obcej, więc się mnóstwa rzeczy uczę. Dobre to jest. Dobre i rozwijające.

Staram się. Jak najlepiej z mojego punktu widzenia. Chrzanić punkt widzenia innych, zawsze będzie ktoś, komu się nie spodoba. Robię sobie dobrze, bo siebie najbardziej kocham. O siebie najbardziej muszę dbać. Kochanie innych jest też dbaniem o siebie i kochaniem siebie.

I nigdy nie polubię pisania raportów

Za dużo polityki, za mało muzyki, czyli recenzja „Beats of freedom”

Wybrałam się ostatnio z rodzicami do kina na „Rewers”. Zacny film, genialne zdjęcia, tylko nieco uroku odebrało mu to, że kino, w którym byliśmy średnio radziło sobie z dźwiękiem dolby surround, czy jak mu tam i znienacka z któregoś głośnika z boku rozlegał się głos aktora, znacznie głośniejszy, przeszkadzało to skupić się na filmie. Zatem przy następnym wyjściu do kina wybrałam Kinotekę, gdzie zawsze dźwięk jest świetny. A jak kino z dobrym dźwiękiem, to może film o muzyce, czyli „Beats of freedom” – dokument o polskiej scenie muzycznej od czasów powojennych do końca 80′. Właściwie to początek sugerował, że od lat powojennych, bo pierwsze zdania były o latach 50′, ale jednak zaraz był błyskawiczny przeskok do 1967 roku. Pomysł fajny, warto zobaczyć, tylko jak na film dla Polaków to za bardzo był w nim nakreślony aspekt historyczny, za dużo obrazków z manifestacji, pałowania, pochodów pierwszomajowych, strajków i tak dalej. My to wiemy, znamy, nie potrzebujemy aż tyle. Jak na film dla zagranicy – owszem, potrzebne było aż tyle. Ja chciałam więcej muzyki, bo o pustych półkach w sklepach wiem, nawet z własnych wspomnień.

Zastanawiające też, że zupełnie nie było odniesień do muzyki z USA, jak narrator opisywał, co się działo w muzyce na świecie za żelazną kurtyną i jak to wpływało na muzykę w Polsce, skupiał się tylko na Europie, a właściwie na Wielkiej Brytanii. Ani słowa o Woodstocku, nie wiem dlaczego.
Za to co było siłą tego filmu to raz, cytowane fragmenty z raportów UB o festiwalu w Jarocinie, o subkulturach, o aresztowaniu Skiby rozdającego ulotki, dwa anegdotki i opowieści o sposobach na obchodzenie cenzury w tekstach piosenek, o radzeniu sobie z brakiem pieniędzy, o tej walce z komunizmem. Opowieść Hołdysa o tym, jak to wszedł do sklepu mięsnego, podszedł do lady „tylko zobaczyć co jest”, a ludność z gigantycznej kolejki uznała, że oto pan gwiazdor nie chce stać i się wpycha i go za to zrugała niewybrednymi słowami. I opowieść Marka Niedźwieckiego, jak to zabroniono mu nagle puszczać Maanam w Trójce, a on zrobił tak, że niby nie puszczał, ale puszczał, w czym władze się nie zorientowały, a ludzie tak. I konstruktora wzmacniaczy, jak z garnka robiono wzmacniacz. Bardzo, bardzo na plus.

A po kinie poszliśmy z kolegą ulicami Warszawy, w lekko siąpiącym wiosennym deszczyku, robiąc po drodze mnóstwo zdjęć szablonów na murach, gołębi na drzewie, fragmentów architektury PKiN i placu Konstytucji… Niczym dwoje japońskich turystów, żonglowaliśmy 3 różnego rodzaju aparatami fotograficznymi i tylko pokazywaliśmy sobie nawzajem ciekawe kadry. Miły spacer, miły dzień, rozpoczęty od dwóch godzin nauki parkowania i potem śniadanka na mieście (tarta z warzywami i boczkiem w Green Coffee – bdb, polecam).

Zabawa w literki

Wymyśliłam sobie, że coś sprawdzę. Ci z Was, którzy używają przeglądarki Firefox (a wiele Was jest, wynika mi ze statystyk na blogu) wiedzą pewnie, że po pewnym czasie wystarczy w pasek adresu wpisać jedną literkę, a od razu wyskakują propozycje najczęściej używanych stron, w których adresie ta literka występuje. I oto wymyśliłam sobie, że sprawdzę sobie, co pod poszczególnymi literkami mi wyskakuje na pierwszym miejscu – ot, tak, zobaczyć jakie to ja strony najczęściej odwiedzam z domu.
No to po kolei.
A: allegro (aż dziwne, bo ostatnio częściej używam sklepu a.pl, który znalazł się na drugim miejscu, ale rozumiem że FF liczy od samego początku korzystania, a nie w ostatnim czasie)
B: blip
C: citibank
D: da grasso (pizzeria z dowozem do domu)
E: empik
F: facebook
G: google
H: house -strona fanów serialu
I: intymna (sklep z bielizną)
J: jednodrzewo (mój stary fotoblog, już nieużywany)
K: krolowanocy.bzzz.pl
L: luca (tzn jej blog główny)
M: małocyckowe (blog mój, Luki i Bluszczyka o bieliźnie)
N: nasza-klasa
O: onet
P: poczta (moja służbowa)
R: yyy, eeee, tego… nie powiem ;)
S: blipowa sekretarka
T: tvn24
U: też blip
W: wrzuta
Z: zrzuta

Ktoś podejmie zabawę u siebie? :)