Archiwa tagu ‘geek’

Zabawa w literki

Wymyśliłam sobie, że coś sprawdzę. Ci z Was, którzy używają przeglądarki Firefox (a wiele Was jest, wynika mi ze statystyk na blogu) wiedzą pewnie, że po pewnym czasie wystarczy w pasek adresu wpisać jedną literkę, a od razu wyskakują propozycje najczęściej używanych stron, w których adresie ta literka występuje. I oto wymyśliłam sobie, że sprawdzę sobie, co pod poszczególnymi literkami mi wyskakuje na pierwszym miejscu – ot, tak, zobaczyć jakie to ja strony najczęściej odwiedzam z domu.
No to po kolei.
A: allegro (aż dziwne, bo ostatnio częściej używam sklepu a.pl, który znalazł się na drugim miejscu, ale rozumiem że FF liczy od samego początku korzystania, a nie w ostatnim czasie)
B: blip
C: citibank
D: da grasso (pizzeria z dowozem do domu)
E: empik
F: facebook
G: google
H: house -strona fanów serialu
I: intymna (sklep z bielizną)
J: jednodrzewo (mój stary fotoblog, już nieużywany)
K: krolowanocy.bzzz.pl
L: luca (tzn jej blog główny)
M: małocyckowe (blog mój, Luki i Bluszczyka o bieliźnie)
N: nasza-klasa
O: onet
P: poczta (moja służbowa)
R: yyy, eeee, tego… nie powiem ;)
S: blipowa sekretarka
T: tvn24
U: też blip
W: wrzuta
Z: zrzuta

Ktoś podejmie zabawę u siebie? :)

zardzewiało mi coś

We mnie coś. W środku.
Dni są takie szare, tydzień był ciężki, w tym miało być cudownie, miało być pięknie, miało być ładowanie akumulatorków, a zamiast niego był jeszcze większy stres. Potem krótkotrwałą ulga, ale też niepokój, bo nie wiadomo co się dzieje…

G: wyszedlem już. nie pozwalali używać komórek, dlatego nie zadzwoniłem
K: szalałam z niepokoju wczoraj wieczorem, wymyślałam już rozmaite scenariusze. nawet że umarłeś
G: nie no, coś ty, jakbym umarł, tobym ci napisał smsa
K: obiecujesz?
G: obiecuję
K: kocham cię
G: ja ciebie też kocham

Jakiś zły czas, ciągle choroby, ciągle jest szaro i mokro, mam chroniczny niedobór snu, czy się położę o 23, czy o 1 w nocy jestem tak samo nieprzytomna, nawet po krótszym śnie lepiej funkcjonuję.
Gdzieś coś się zacięło we mnie, jakiś trybik nie działa, ogarnia mnie poczucie ciągłej klęski, wstaję, idę do pracy, normalnie rozmawiam, nawet żartuję, piszę maile, bawię się z dziećmi, oglądam „Grey’s anatomy”, niby wszystko tak normalnie, a jednak brakuje w tym jakiejś iskry, funkcjonuję jak robot, ze ściśle wyliczonym czasem na poszczególne czynności, żeby za dużo nie myśleć. W ogóle nie myśleć. Jak myślę o jutrze, pojutrze, zimie – boję się. Zaszywam się w kokonie identycznych dni wypełnionych obowiązkami.
Jedynie w sobotę ostatnią byłam na Nocnym Maratonie Blogerów – bardziej towarzyska niż artystyczna impreza, dość dziwna dla osób nieblogujących, podstawowe pytanie, jakie słyszałam, jak komuś o tym mówiłam, brzmiało: „ale po co?”. No po co, ot, żeby się spotkać, pogadać, popieprzyć głupoty i trochę popisać zbiorowo jednego bloga.
Zdjęcie mi ładne zrobiono
królowa(foto: Iskanna)
Miło było, ale to oczywiście noc w plecy, bo impreza trwała do 6 rano…
Nic, jeszcze będzie ciepło, jeszcze będzie lepiej, urodziny się moje zbliżają, od paru lat jestem smutna w urodziny, ale tym razem będzie inaczej, czuję to.

małe radości

W korpostołówce czekamy razem z kimś aż podejdzie do nas kucharz i będziemy mogli poprosić go o nałożenie leniwych. Jakoś tak czekamy w milczeniu cierpliwie. Podchodzi wreszcie i mówi że przecież trzeba wołać. Że on od razu podejdzie, ale trzeba dać znać. I że z niego żartowniś, to od razu dodaje:
- trzeba wołać, piszczeć, krzyczeć, pohukiwać…
- a miauczeć można? – pytam znienacka
- pewnie, maiuczeć też można!
No to patrzę na niego, żeby widział, że mam zamknięte usta, dyskretnie dotykam palcem ekranu iPone’a i rozlega się głośne, bardzo realistyczne: „miauuu”
Mina kucharza – bezcenna. Takie: „a a alle jak tooo?” wypisane na twarzy
- no przecież mówił pan że można miauczeć? – uśmiecham się niewinnie
- no tak, ale…
Dostrzega wreszcie leżącego na moejej tacy iPhone’a i pyta z pewną ulgą w głosie:
- telefon?
- tak
Wtedy wybucha śmiechem, ja jeszcze większym, do końca pracy mam ubaw z jego miny.
Przechodzę też po firmie z tym telefonem w ręku i znienacka miałczę w windzie, gdy z kimś jadę, koledze z biurka obok, gdy mijam kogoś na korytarzu…  Pręczej czy później każdy łapie, że to pewnie jakieś urządzenie, ale dźwięk jest tak realistyczny, że w pierwszej chwili  pojawia się zdziwienie „tu gdzieś jest kot??”

It’s been a hard days night

Zauważam dziwną prawidłowość. Ilekroć mam na sobie koszulkę z napisem <geek> , to wszystko, co komputerowe, a czego się dotknę, się pieprzy. Już drugi raz mam j na sobie i powyższa zasada działa.  Byłam dziś zmuszona zawracać głowę tabunom ludzi (do redakcji przychodziły „hordy mediamenedzerów” jak to określił kolega), bo ciągle mi coś nie działało. Zasadniczo jedyne, co związane z „powiedzmy-techniką”, co mi się udało, to kupienie biletu w automacie na stacji metra. Jedyne. Cała reszta – #ichuj. Jak działał jeden program, to Outlook nie, jak Outlook tak, to coś innego źle. I tak cały dzień.  Masakra.
Wróciłam do domu, weszłam do wanny z butelką wina, serkiem pleśniowym i ustawionym obok wanny mobilnym stolikiem. Otworzyłam wino, serek, na stoliku postawiłam laptopa, na którym przez wifi połączyłam się z komputerem w pokoju,  na którego dysku mam pierwszy sezon „House’a” i obejrzałam sobie 10 odcinek leżąc w wannie.
I to dość mocno zregenerowało mi siły życiowe :-)