Archiwa tagu ‘gotowanie’
Przepis na placuszki z kaszy gryczanej
Nie eksperymenty, bo placuszki są czymś robionym w moim domu od lat, jako danie proste, smaczne i pożywne. Przepis nie mój, natomiast chcę go tu zapisać, uznając że serwery, na których stoi ten blogasek, są być może bardziej trwałe niż wymiętolona, nieco naddarta kartka z nieistniejącego już pisma „City Magazine”. Konkretnie z numeru styczniowego z roku 2003. W owym piśmie była sobie przez pewien czas rubryczka Michała Kaczyńskiego pt „Kuchnia partyzancka”, z której poznałam kilka ciekawych przepisów. Autor opisywał wszystko krok po kroku, używając „normalnych” miar (tzn łyżka, szklanka, itp), podając koszt składników, wskazówki i przestrogi doskonale znane obytej w kuchni osobie, więc to było zdecydowanie „gotowanie dla początkujących”, co było bardzo cenne dla mnie wtedy, gdyż sama się do takich zaliczałam. I chyba wciąż zaliczam. Wracając do przepisu, miałam ambitny plan przepisania tutaj większości tekstu z tej wymiędlonej karteczki, ale wpadłam na pomysł sprawdzenia strony, którą Kaczyński wtedy podawał i voila, okazało się, że strona jak najbardziej żyje, ma się dobrze i jest na niej ów przepis. Dokładnego linku dać nie mogę, ale łatwo znaleźć frazę „placki gryczane” na liście pozycji. Co prawda na stronie nie ma opowieści o stosunku starożytnych Słowian do kasz (szkoda, szkoda, te opowieści o głównym składniku przepisu były jednym ze smaczków „Partyzanckiej kuchni”), ale meritum jest.
Także ten. Polecam. Ja na ogół z przypraw dodaję dużo słodkiej papryki i pieprz biały, ale można dużo różnych rzeczy i też jest dobre. Jadamy na ogół polane ketchupem (dzieci) i z ogórkiem kiszonym (ja). A tak wygląda przepis na stronie pesto.art.pl
Eksperyment kulinarny nr 5 czyli zapiekane faszerowane bakłażany
Wreszcie nastał sezon na tanie bakłażany, więc radośnie kupiłam ich kilogram, a potem zaczęłam się zastanawiać co dalej. Jak często w takich sytuacjach użyłam wspaniałego wynalazku - foodle.pl, wklepałam bakłażany i trafiłam na ten przepis. Zastanowiliśmy się z Harrym, czy damy radę, nie mieliśmy co prawda mięsa wołowego, ale za to dorodną pierś z kurczaka. No to zrobiliśmy. Zrezygnowaliśmy z beszamelu, bo nikomu się nie chciało go robić, oraz skróciliśmy czas smażenia farszu, bo kurczak oczywiście się szybciej smaży niż wołowina. Białego wina (które było zresztą zwykłą, tanią Sophią Sakar, kupioną w a.pl za około 8 złotych) również Harry wlał „na oko”, zapewne sporo więcej niż w przepisie i farsz był duszony po prostu do momentu odparowania większości płynu. Czasu zapiekania również nie rejestrowaliśmy, zajmując się piciem pozostałego wina. Dodatkowo do farszu poszła połówka zielonej papryki, którą znaleźliśmy w lodówce. Ogólnie była to bazująca na przepisie z sieci potrawa „na winie” – bierzesz to, co się nawinie i przetwarzasz ;)
Wyszło świetne, zdjęć nie ma, bo natychmiast zjedliśmy. Danie sycące, z mocno wyczuwalnym smakiem wina, cieplutkie pod kołderką z żółtego sera. Zdecydowanie do powtórzenia w innych konfiguracjach, tzn z innym farszem, fajna baza do eksperymentów.
Eksperyment kulinarny nr 4 czyli placuszki bananowe
Jest straszny upał, w związku z czym banany leżące na wierzchu nadmiernie mi dojrzały zanim zostały zjedzone. Przeszukałam internet pod kątem „co można zrobić z przejrzałych bananów” i niestety powtarzał się głównie chlebek bananowy oraz placuszki, ale jakieś skomplikowane, wymagające bicia piany z białek, albo ubijania mleka, odstawiania masy i nakrywania ściereczką, więc postanowiłam eksperymentalnie zrobić swoje placuszki z jabłkami, tylko dać banana zamiast jabłka. Placuszki owe, obecne w mojej rodzinie od pokoleń, robi się tak:
- jajko
- kefir
- mąkę
Zmieszać/zmiksować ze sobą. I do tego jabłko utarte na tarce o dużych oczkach albo pokrojone. Moja mama kroi, ja ścieram na tarce – różnica jest taka, że krojone kawałki są większe. Ale to jak kto lubi, ja wolę użyć tarki, bo tak jest szybciej. Można też zamiast jabłek użyć żółtego sera – raczej bardziej ostrego/słonego. No i tak jak ja teraz – bananów. Co do proporcji ciasta, to ja biorę 2 jajka, jeden kefir 400 ml (używam Bakomy i chyba jest najlepszy do tych placuszków, ale robiłam i z innymi i też dobrze wychodzi), natomiast mąki dodaję tyle, żeby ciasto miało konsystencję gęstej śmietany. Trzeba pamiętać o tym, że jak się doda jabłka, to ciasto trochę zrzednie od soku z jabłek, więc może trzeba będzie dodać trochę mąki. Przy bananach nie miałam tego problemu, zrobiłam ciasto, dodałam dwa banany pokrojone w cienkie plasterki, wymieszałam i już. I smażyć na oleju/oliwie, na dość dużym ogniu, aż się ładnie przybrązowią. Z podanych przeze mnie proporcji wychodzi tyle placków, że najadam się ja i dzieci, czyli 2-3 osoby. Te z jabłkami można polać kefirem (jeśli jeszcze jakiś mamy) przed podaniem, te z bananami posypać cynamonem, można też jeść bez niczego :)
Lato! Słońce! Warzywa! Owoce!
Rzecz w tym, że można założyć bieliznę , sukienkę, sandałki i wyjść z domu. I że czereśnie. Truskawki.
Uwielbiam lato. Jestem tak ciepłoluba, że nie istnieje dla mnie pojęcie „za ciepło”. 36 stopni? Proszę bardzo! Więcej? Jasne, tylko jestem na stałe przyssana do płynów, najlepiej ice tea z lodem. Mogę wyjść z domu w przeciągu 20 sekund, bo tyle mi zajmie ubranie się i założenie sandałów. Jest mnóstwo owoców i warzyw, w tym takie, które tylko wtedy. Całodzienne jedzenie można załatwić samymi sałatkami. Dzisiaj tak zrobiłam… prawie cały dzień na samych sałatkach. Chciałam sobie wczoraj wieczorem zrobić taką sałatkę, jak przynosi do korpo Pan Kanapka, ale z różnych powodów wyszło mi zupełnie inaczej, a bardzo dobrze. Tamta zawiera ser żółty, kukurydzę, ananasa i majonez. Ja wrzuciłam do pojemniczka:
- kurczaka curry pozostałego po obiedzie (którego wcześniej pokroiłam w kostkę ok 1×1 cm, posypałam solą, pieprzem, curry, zostawiłam na pół godziny w przyprawach, usmażyłam)
- ser żółty starty na grubej tarce
- ananasa (też małe kawałeczki, lepsze jest z małymi)
- no i chciałam dorzucić kukurydzę, ale okazało się, że nie mam, to bez namysłu dodałam resztkę żółtej fasolki szparagowej pozostałej po obiedzie (tylko pokrojonej na kawałki max 2 m długości)
- i majonez. niedużo, bardzo niedużo.
Zmieszałam, przykryłam, zamknęłam na noc w lodówce, rano złapałam wybiegając z domu do pracy. Podjadałam ją przez godzinę i obyłam się bez obiadu w pracy :-) Sycące i smaczne.
A po pracy zamiast obiadu kolejna sałatka – tym razem proste caprese. Też powód do kochania lata, pomidory z mozarellą mogę jeść wtedy codziennie i często tak jest… przez miesiąc to stała część jadłospisu. Mam w domu doniczki z bazylią, urywam parę listków, odurzam się zapachem, posypuję pomidory świeżo zmielonym pieprzem i gruboziarnistą solą morską, mniam. I tylko muszę robić więcej, niż chcę, albo kryć się przed córką, bo też uwielbia mozarellę.
I fasolka szparagowa… Wczoraj była gorąca, dzisiaj rano w sałatce, dzisiaj chciałam jej nie kupować, poszłam do warzywniaka kupić tylko puszkę kukurydzy, podchodzę i mówię: dzień dobry, poproszę pół kilo żółtej fasolki… (orientuję się, co mówię)… yyyy, to znaczy nie, nie, fasolki… a zresztą… no tak, tak, niech pani nasypie. I ugotowane pół kilo fasolki wyłożyłam na wielki talerz, polałam bułką tartą z masełkiem i wrąbaliśmy razem z dziećmi. Zajęło nam to równe 8 minut., a i to dlatego, że na początku była gorąca i trzeba było powoli jeść. I to niesprawiedliwe, że gotuje się 3 albo i 4 razy dłużej :D
Tanieje bób, już bym ugotowała dzisiaj, gdyby nie złe ludzie, co mi z warzywniaka wykupiły. Kupiłam za to cukinię na pocieszenie.
I tak chodzę po słonecznych ulicach, ciesząc się latem, wystawiam pyszczek do słońca, objadam się sezonowymi warzywami, mam w domu na stałe otwarte okna… więc wpada mi przez nie hałas z ulicy, ale to nic, po stokroć to wolę, niż kulenie się z zimna przy kaloryferze. A teraz jeszcze wieczorami Desperadosik, meczyk, mundial trwa i jest coraz dziwniej i zdziwniej chwilami (Meksyk?? Z Francją? Żabojady już do domu???). Łapię te miłe chwile, zbieram wspomnienia, zamykam w słoiczkach. Półeczka podpisana „nostalgia” jest długa i pojemna. Będzie na potem.
Eksperyment kulinarny nr 3 czyli wieprzowina curry
Przepis ten dostałam od swojego eks i po drobnej modyfikacji używam bardzo często. Dobre, dość proste, bardzo sycące i można jeść przez dwa, trzy dni. Podane proporcje są w założeniu na 4 dorosłe osoby:
Zaczynamy od mięsa, najlepszy jest schab, pół kilo kroimy na kawałki 1x1cm. Na patelnię nalewamy łyżkę oleju/oliwy i podgrzewamy na maxa, po czym obsmażamy wieprzowinkę, i natychmiast po podsmażeniu przesypujemy do rondla. Sztuka polega, aby odsmażyć, nie udusić. Następnie kroimy 2 cebule na drobną kostkę, smażymy do zeszklenia i dorzucamy do mięska. Do tego dodajemy opakowanie czosnku w proszku (50g). Dolewamy wody, tak, aby płyn wypełniał rondel do poziomu mięsa (by było przykryte) i dodajemy 100g curry łagodnego w proszku. Mieszamy i dusimy 30 minut. Po tym czasie dodajemy puszkę kukurydzy, mieszamy, po pięciu minutach dodajemy 1 puszkę fasoli białej i 1 puszkę czerwonej w zalewie. Po następnych 5-10 minutach danie jest gotowe.
W oryginalnym przepisie zamiast dolewania samej wody, wlewało się gorącą wodę z rozpuszczonymi dwoma kostkami rosołowymi, ale po pierwsze ja tego nie używam, po drugie z tym było bardzo słone, stąd mówię, że przepis jest z drobnymi modyfikacjami. Ważne też, jeśli nie lubimy zbyt słonych potraw, żeby fasolka była firmy Bonduelle – zalewa jest najmniej słona i najlepsza w smaku. Co do curry, to kto jakie lubi (i oczywiście nie trzeba koniecznie dodawać aż tyle, ja daję trochę mniej), dobrze się sprawdza Kotanyi albo Prymat, Kamis jest trochę za mocny moim zdaniem. Najtrudniejsza część to oczywiście obsmażenie wieprzowiny, oraz uważanie, żeby w czasie tych 30 minut gotowania nic nie przywarło.
Eksperyment kulinarny nr 2 czyli makaron z sosem serowym
Od dawna mnie kusił ten przepis. Kusił, kusił, jednak bałam się bardzo tego sera z niebieską pleśnią, bardzo długo się przekonywałam do spróbowania choćby niewinnego camemberta w stylu serka „Sekret mnicha”, a co dopiero takiego czegoś. Wreszcie kupiłam trójkącik Lazura, zerkając co chwilę na laptopa z otwartym przepisem sporządziłam potrawę, ostrożnie spróbowałam… i pożarłam ze smakiem. Moja dwuletnia córka zwabiona zapachem przyszła i wysępiła trochę i również była bardzo zadowolona.
Rozpisywać się nie będę – przepis u Alquany, warto zrobić.
Ja użyłam serka topionego z czosnkiem, taki akurat miałam, on również odrobinę smaku dodał. Śmietanę wzięłam 10%, też dlatego że tylko taka była „na stanie”. Nie miałam problemu z groźbą przypalenia się sosu, może przez to, że zrobiłam go w takim sprytnym rondelku z Ikei, zrobionego z aluminium pokrytego teflonem, w którym trudno cokolwiek przypalić, za to wszystko się bardzo ładnie i powoli topi. Sosik rzeczywiście rewelacyjnie oblepia makaron, nic nie kapie przy jedzeniu, a poza tym, jest to niesamowicie sycące, zjadłam małą porcję, z której jeszcze część mi podjadła córka, a najadłam się po uszy.
Bardzo polecam, szybkie i smaczne.
Eksperyment kulinarny nr 1 czyli chiński kurczak
czyli jak ugotować obiad i obejrzeć 4 odcinki serialu w tym samym czasie.
Nie lubię gotować. Oraz nie umiem. W ciągu tygodnia błogosławię a) opiekunkę córki, która jej gotuje obiady b) przedszkole syna, w którym je on obiady c) stołówkę w pra… no dobra, bądźmy uczciwi, stołówki w pracy nie błogosławię, w tygodniu odzwyczaiłam się od obiadów. No ale jakbym była zdesperowana, żeby w firmie coś poza śniadaniem zjeść, to mam sushi koło stołówki.
W weekendy jednakże nikt nas nie karmi i muszę wziąć sprawy we własne ręce. Tym razem wzięłam w ręce pierś kurczaka, dla której był to zdecydowanie ostatni dzień, w którym mogła zostać spożyta. Pokroiłam kurczaka w kostkę, posypałam hojnie solą, pieprzem oraz mieszanką przypraw do kuchni chińskiej Kamisu. Zostawiłam tak i poszłam oglądać powtórki „Na Wspólnej”. W przerwie na reklamy, czyli po godzinie, wrzuciłam na rozgrzany na patelni olej z pestek słonecznika 3 ząbki czosnku pokrojone w paseczki. Gdy w kuchni zaczęło pięknie pachnieć, a zanim czosnek się zrobił brązowy, dorzuciłam mięso i przesmażyłam na ostrym ogniu. W tym czasie napadłam na lodówkę, wywlokłam z niej żółtą paprykę i pokrojoną w paseczki wrzuciłam na patelnię, dorzuciłam też około pół paczki mrożonego zielonego groszku i podlałam to niewielką ilością sosu sojowego. Przemieszałam, zastanowiłam się, zanurkowałam znów w lodówce i wygrzebałam pojemniczek z tajemniczym czymś, co któregoś dnia przyniesiono mi do domu razem z sushi. Nie mam pojęcia, co to było, bardzo słodkie i bardzo ostre jednocześnie, mające formę galaretowatą, z czerwonymi strzępkami czegoś jak papryka w tym. Dodałam na patelnię, wrzuciłam jeszcze kilka plasterków marchewki i parę małych cebulek – resztka słoiczka z piklami warzywnymi firmy Rolnik, potem dokroiłam jeszcze niedużą zwyczajną cebulę, podlałam wszystko sokiem jabłkowym, przemieszałam, przykryłam i zaczęłam dusić na maluteńkim ogniu. Obejrzałam 2 pozostałe po przerwie odcinki „Na Wspólnej”, przyszłam, podusiłam jeszcze chwilę bez pokrywki, żeby większość płynu wyparowała i zjedliśmy.
Było ciekawe. Mięso kruche, ale soczyste. Smak całości słodki z ostrą nutą. Sycące, rozgrzewające danie. Nawet nie wiem co sprawiło, że było dość słodkie – to czerwone „coś”? Żółta papryka? Przyprawa do kurczaka? W każdym razie proste, mało wymagające i dobre. Z cebulek marynowanych mogłam zrezygnować, doszłam do wniosku jedząc, trochę były z innej bajki i bez nich też byłoby dobre.

