Archiwa tagu ‘kino’

Chciałbym rozeznać się w sobie, póki nie będzie za późno*

Biorę nowe lekarstwo z gatunku tych, co działają po dłuższym czasie, a na początku uderzają całym arsenałem skutków ubocznych, mniej lub bardziej uciążliwych. Zaczęło się od koszmarnych bóli głowy, więc równolegle z lekiem łykam Ketonal, cudowne biało-niebieskie kapsułki, które pozwalają normalnie funkcjonować. Potem doszły jeszcze różne cuda z poziomem libido, notabene zupełnie odwrotne, niż zapowiadane, mój pan doktor orzekł, że doszło u mnie do „reakcji paradoksalnej”, tak więc paradoksalnie siedzę i się męczę. No i last but not least, mdłości. Na tyle silne, żeby nie można było o nich ani na chwilę zapomnieć, na tyle słabe, żeby nie móc ulżyć sobie wymiotami. I tak różne te efekty na zmianę, razem, osobno, do tego jeszcze kilka innych, wesoło jest.
Pocieszam się nieco filmami, albo chodzę do kina albo coś oglądam na komputerze. Zaliczyłam ostatnio:
„Iron Man 2″ – bardzo  zacne kino akcji, dobra muzyka, zdjęcia, no i śliczna laska (Scarlett Johansson). Co do Roberta Downeya Jr to już nawet nic nie mówię, zakochałam się na zabój jak nastolatka.
„Nocna randka” – prosta, bezpretensjonalna komedia opowiadająca o jednej nocy z życia wieloletniego małżeństwa, które wychodzi na spokojną, nudną kolację, a robi się z tego zwariowana przygoda. Lekkie, pozwalające na dwie godziny beztroskiej zabawy.
„Disco robaczki” – film dla dzieci, recenzja tu. Bardzo zły film.
„Sherlock Holmes” – to z tych obejrzanych w domu, bo w kinach pewnie już nie grają nawet. To samo co Iron Man, zacne kino akcji, nie mam pojęcia, ile ten film ma wspólnego z książką, ale nie ma to znaczenia, mógłby być o jakimkolwiek detektywie.
„Ghost World” – a to film na motywach komiksu Daniela Clowesa, bardzo dobry, bardzo smutny i świetnie zagrany. Chciałam go obejrzeć ze względu na Scarlett Johansson, w której też się odrobinkę zadurzyłam po Iron Manie, ale w „Ghost World” to Thora Birch jest gwiazdą, Scarlett gra postać, która niby jest ważna, ale jest kompletnie nijaka, mdła i nieciekawa, przez co bardziej widać odmienność głównej bohaterki. To film o tym, jak trudno jest być dziwakiem, freakiem, niezrozumianym przez świat, którego się samemu nie rozumie. Warto, zostaje na długo.

W kolejce „Człowiek z rentgenem w oczach” (DKF w Muranowie – Najgorsze filmy świata) i nowy film dla dzieci, który zapowiada się o wiele lepiej niż te nieszczęsne robaczki, czyli „Czarodziejka Lili: smok i magiczna księga”.

Tymczasem idę spać, jutro nowa rundka łykania – tego leku, ketonalu, żeby głowa nie bolała, asparginu, na skutki stresu, cerutinu na uzupełnianie braków witaminy C i na nieprzeziębianie się, wapna na paskudną obecnie wodę w kranach, i tak dalej… Czuję się chwilami jak Adaś Miauczyński. Do tego pracuję też chwilowo z domu, bo przedszkole Młodej było uprzejme się zamknąć w związku z zagrożeniem powodzą.

*Jean-Paul Sartre „Mdłości”

Za dużo polityki, za mało muzyki, czyli recenzja „Beats of freedom”

Wybrałam się ostatnio z rodzicami do kina na „Rewers”. Zacny film, genialne zdjęcia, tylko nieco uroku odebrało mu to, że kino, w którym byliśmy średnio radziło sobie z dźwiękiem dolby surround, czy jak mu tam i znienacka z któregoś głośnika z boku rozlegał się głos aktora, znacznie głośniejszy, przeszkadzało to skupić się na filmie. Zatem przy następnym wyjściu do kina wybrałam Kinotekę, gdzie zawsze dźwięk jest świetny. A jak kino z dobrym dźwiękiem, to może film o muzyce, czyli „Beats of freedom” – dokument o polskiej scenie muzycznej od czasów powojennych do końca 80′. Właściwie to początek sugerował, że od lat powojennych, bo pierwsze zdania były o latach 50′, ale jednak zaraz był błyskawiczny przeskok do 1967 roku. Pomysł fajny, warto zobaczyć, tylko jak na film dla Polaków to za bardzo był w nim nakreślony aspekt historyczny, za dużo obrazków z manifestacji, pałowania, pochodów pierwszomajowych, strajków i tak dalej. My to wiemy, znamy, nie potrzebujemy aż tyle. Jak na film dla zagranicy – owszem, potrzebne było aż tyle. Ja chciałam więcej muzyki, bo o pustych półkach w sklepach wiem, nawet z własnych wspomnień.

Zastanawiające też, że zupełnie nie było odniesień do muzyki z USA, jak narrator opisywał, co się działo w muzyce na świecie za żelazną kurtyną i jak to wpływało na muzykę w Polsce, skupiał się tylko na Europie, a właściwie na Wielkiej Brytanii. Ani słowa o Woodstocku, nie wiem dlaczego.
Za to co było siłą tego filmu to raz, cytowane fragmenty z raportów UB o festiwalu w Jarocinie, o subkulturach, o aresztowaniu Skiby rozdającego ulotki, dwa anegdotki i opowieści o sposobach na obchodzenie cenzury w tekstach piosenek, o radzeniu sobie z brakiem pieniędzy, o tej walce z komunizmem. Opowieść Hołdysa o tym, jak to wszedł do sklepu mięsnego, podszedł do lady „tylko zobaczyć co jest”, a ludność z gigantycznej kolejki uznała, że oto pan gwiazdor nie chce stać i się wpycha i go za to zrugała niewybrednymi słowami. I opowieść Marka Niedźwieckiego, jak to zabroniono mu nagle puszczać Maanam w Trójce, a on zrobił tak, że niby nie puszczał, ale puszczał, w czym władze się nie zorientowały, a ludzie tak. I konstruktora wzmacniaczy, jak z garnka robiono wzmacniacz. Bardzo, bardzo na plus.

A po kinie poszliśmy z kolegą ulicami Warszawy, w lekko siąpiącym wiosennym deszczyku, robiąc po drodze mnóstwo zdjęć szablonów na murach, gołębi na drzewie, fragmentów architektury PKiN i placu Konstytucji… Niczym dwoje japońskich turystów, żonglowaliśmy 3 różnego rodzaju aparatami fotograficznymi i tylko pokazywaliśmy sobie nawzajem ciekawe kadry. Miły spacer, miły dzień, rozpoczęty od dwóch godzin nauki parkowania i potem śniadanka na mieście (tarta z warzywami i boczkiem w Green Coffee – bdb, polecam).

Głupie ciućmy z IMAX

Poszliśmy z Lubym do kina. Na Avatar. Oboje pracujemy, mamy mnóstwo zajęć, a film 3-godzinny, więc znalezienie czasu nie było takie łatwe, tym bardziej, że jeszcze musiała móc moja opiekunka do dzieci. Ale udało się, kupiłam bilety w poniedziałek, dzisiaj prosto z pracy pojechaliśmy do Sadyba Best Mall do kina. Kupiliśmy nachosy i picie, założyliśmy okularki, napstrykaliśmy sobie lansiarskich fot w nich, w końcu doczekaliśmy się filmu. Pierwszy raz byłam na filmie 3D, więc na samym początku rozgłośnie wrzasnęłam wystraszona, jak tuż przed nosem przeleciał mi reflektor oświetlający logo wytwórni 20th Century Fox. A potem wcisnęłam się w fotel z wrażenia. A potem próbowałam łapać krople wody, ludzi, liście, przedmioty, które były TUŻ PRZEDE MNĄ PRZECIEŻ. Luby kilka razy ze śmiechem mi szeptał: „tego tu naprawdę nie ma!”, potem nawet przestał, bo ja ciągle ulegałam złudzeniu. Rewelacja, od razu pokochałam to 3D.

No i tak siedzimy, oglądamy, miło, fajnie, akcja się rozkręca, zaczyna się robić naprawdę interesująco… I nagle około 3 sekund dźwięku zaczyna się powtarzać. W kółko. W pierwszej chwili nawet myśleliśmy że to tak właśnie jest, że to jakieś okrzyki bojowe tych całych Na’vi, bo układało się to w coś w rodzaju jednostajnej pieśni, a wszystkie postaci akurat tylko szły do wioski. Ale doszli, zaczęli rozmawiać, pojawiły się napisy i stało się oczywiste że coś jest nie tak, że ten dźwięk się po prostu zaciął, zapętlił i to jest bardzo niedobrze.
No i się zaczął dramat. Ludzie się oglądają do tyłu na kabinę operatora, wołają, klaszczą, gwiżdżą – nic. Po kilku minutach wyleciał jeden mężczyzna z widzów i pobiegł do obsługi na zewnątrz sali. Chwilę go nie było, wrócił, za nim pojawił się jakiś pracownik. I nic. Film dalej leci, już około 8 minut, obraz jest, dźwięk zapętlony w coraz bardziej irytującej kakofonii, pracownik cośtam dzwoni na górę, ale tam operator albo śpi, albo ogłuchł, albo obmacuje babę, albo w ogóle poszedł w pizdu…
Ostatecznie po 12 minutach udało im się wyłączyć, ktoś w końcu wyszedł i powiedział nam że się zepsuł komputer, dalszej projekcji nie będzie i ma 3 propozycje. Pierwsza: przejdziemy do drugiej, mniejszej sali, gdzie od 15 minut leci ten sam film, ale jest tam widownia. Propozycja dość absurdalna moim zdaniem, bo 45 minut powtórki, a  co gorsza beznadziejne miejsca, pierwsze rzędy albo i schody. No i to średnio w porządku wobec tamtych widzów, jednak to film, w którym dużo się dzieje, który się ogląda pilnie, a tu nagle zwala się tłum ludzi, zasłania, bije się o najlepsze z kiepskich miejsc i ogólnie straszne zamieszanie. Jednak sporo osób poszło na to, reszta wybrała drugą opcję, czyli w zamian bilety ważne przez pół roku na dowolnie wybrany film we wszystkich kinach sieci IMAX, albo trzecią, czyli zwyczajny zwrot biletów.
Wzięliśmy te bilety ważne pół roku i z zawiedzionymi minami wyszliśmy z kina. Jeszcze słuchaliśmy rozmów ludzi koło nas wychodzących i ktoś smętnie mówił, że no tak, wprawdzie za bilet na film oddali, ale pieniędzy za bilety kolejowe z Grodziska mu nikt nie zwróci, podobnie jak za colę i popcorn. Jedzenie i picie nieobowiązkowe niby, ale za dojazd z daleka – głupio. No i czas, i wydane pieniądze na dojechanie drugi raz… Ehh.
Jednak co było naprawdę skandaliczne, to ten czas reakcji pracowników kina IMAX w Warszawie. No bo ja rozumiem, że coś się może popsuć. Ale reakcja powinna być natychmiastowa, a nie dobre kilkanaście minut, podczas których film leci z popsutym dźwiękiem. To było bardzo nieładnie i na drugi seans zdecydowanie pójdziemy do innego kina, nie tylko tam jest wersja 3D.