Archiwa tagu ‘mężczyźni’
Było warto
Znów piosenka przemówi częściowo w moim imieniu, trudno, muzyka to moje życie.
Było warto. I nie żałuję. Było kolorowo i było niekolorowo. Spodziewałam się końca, nie spodziewałam się że będzie taki bez klasy z jego strony. Ale to z jego strony. Ja byłam w porządku. I warto było szaleć, spalać się , kochać aż do bólu. Skończyło się, cóż, coś się kończy, coś się zaczyna, trochę się powściekałam, trochę popłakałam, teraz uśmiechnę się do swoich myśli i powiem sobie: WARTO BYŁO. Ależ ja teraz jestem silna. Jestem silna, dzielna, ładna i mądra. Mogę wpakować się w idiotyczny związek bez przyszłości, bo nawet jak on się dramatycznie skończy, wyjdę z niego silniejsza i bogatsza. Bo znam swoją wartość. Bo wiem, co robię.
I uwierzcie, jeszcze rok temu nie umiałabym tak napisać.
Nie wiem, skąd to się bierze. Z tego, że moje dzieci mnie kochają i rosną na świetnych ludzi, co dowodzi, że jestem dobrą matką. Z tego, że mam wokół siebie przyjaciół, którzy mnie wspierają. Z tego, że umiem się podnieść, chodzić wciąż z podniesioną głową, żyć dalej. Że normalnie chodzę do pracy, robiąc to, co do mnie należy. Że patrzę w lustro i widzę młodą kobietę, przed którą jest wciąż wiele i z tym wszystkim sobie poradzi.
Życzę Wam wszystkim, żebyście też tak mieli. Dziękuję moim przyjaciołom, obecnym i tym, którzy mogą się nimi stać, za to, że są.
Wróci wiosna, baronowo i będziemy znów szaleć. I nie żałujmy tego. Warto. Jeżeli potem można spojrzeć w swoje oczy w lustrze i czuć się dobrze, to było warto. Wszystko warto.
Life’s still great.
Bo nawet jeśli jest źle
To jeśli tą złą wiadomość odbierzesz w odpowiednim momencie – otoczona przyjaciółmi, którzy podadzą ramię do wypłakania się, szklaneczkę martini, chusteczkę do wytarcia okularów – to z nimi i ze swoją zajebistością i siłą wszystko będzie znośne. I podniesiesz głowę, wsiądziesz do taksówki, spokojnie pojedziesz do domu. Bo czemu masz zalewać się łzami, jęczeć i umierać? Life goes on, a co cię nie zabije, to cię wzmocni.
Luce i Kainowi, Izu, Merigold – wielkie dzięki. Kocham was.
A temu, co mi złą wiadomość przysłał:
Tuż po…
…myślę sobie że to będzie dobry rok. Bo oto się spotkaliśmy, kochaliśmy, przywiozłeś szampana i drobne zakupy, dzieci się nie obudziły od tych głośnych fajerwerków, oboje mamy dobrą pracę, jesteśmy raczej zdrowi, kochamy się, wspieramy, jesteśmy silni, odpowiedzialni, piękni. Ok, może to ja jestem piękna, a Ty jesteś ten silny, nieistotne, dobrze nam ze sobą.
Fajerwerki, muzyka z YouTube, irc, gg, blip, rozmowy radosne i nieco smutniejsze, zazdrość, chwalenie się, przyjaźń, miłość, alkohol, papierosy, dyskusje w statusach na Facebooku, przerażenie psa, sen dzieci, karetki, miasto oddycha, my oddychamy, nawet jak chwilami nam zapiera dech z rozkoszy, nawet jak wstrzymujemy oddech, żeby dzieci nie obudzić.
Zaczerpnij powietrza. O, widzisz? Możemy wszystko. I wszystko nam się uda. “”Chcę” “Ja też chcę”. I to jest
- żeby za rok też Sylwester razem
- tak. chcę. będzie tak
- ja też chcę. będzie tak
Zaklinamy rzeczywistość, choć nie znamy przyszłości. Ale… to od nas wszystko zależy, czyż nie?
* literówki, infantylizm, idealizm i takie inne niech mi będzie wybaczone – dużo szampana i endorfin ;-)
Chcę byś mnie MIAU
Dzwoni budzik. Wstaję, biorę prysznic, ubieram się, maluję, wpuszczam do domu opiekunkę córki. Wychodzę, zaprowadzam syna do przedszkola i sama jadę do pracy. Identyfikator przy wejściu, winda, rozbieram się, włączam komputer, idę po gazety. Klik klik, logowanie, otwieranie zakładek, gazeta, kawa, pani Redaktor zaczyna dzień. Czytam, sprawdzam, kasuję, konwertuję, dzwonię, piszę, piszę, piszę.
Uczę się, pytam, sama uczę innych. Z identyfikatorem na szyi i portfelem w ręku biegnę na śniadanie, gdzie już kucharz wie co zamówię, po zjedzeniu idę do palarni, gdzie spotykam te same osoby, czasami mam wrażenie że my, palacze, jesteśmy idealnie zsynchronizowani, w tym samym czasie schodzimy zapalić, przy stolikach robimy to samo, czytamy te same gazety, które wcześniej kupiliśmy stojąc w tej samej kolejce w kiosku.
I znów klik, klik, wir, młyn, milion rzeczy naraz. Dużo ludzi, dużo dźwięków, zdejmuję i zakładam słuchawki, dzwonię, piszę, wpadam na świetne pomysły, kurwię na nienadążanie komputera za moimi myślami.
A potem wychodzę, otumaniona nadmiarem bodźców, informacji, przechodzę ostrożnie śliskim chodnikiem, z rozwianym włosem i rozchylonym płaszczem biegnę po tym odśnieżonym, bezpiecznym kawałku chodnika do Twojego samochodu, opadam z ulgą na miękkie siedzenie, ustawiam ogrzewanie pod siebie, przyciszam radio i opowiadam Ci o swoim dniu. I jedziemy, jedziemy. Do sklepu, do domu, do restauracji, do kina, gdziekolwiek. I mogę przestać być poważna, mogę przestać chodzić wyprostowana, choć i tak się dumnie prostuję pod Twoim pełnym podziwu i zachwytu spojrzeniem, choć nie wiem doprawdy skąd ono się bierze, w swoich oczach jestem wymięta i wyżęta przez korpo, zmęczona pracą, ale Ty sprawiasz, że czuję się znowu piękną, dojrzałą kobietą, odzyskuję siły, odzyskuję moc. Przestaję być panią Redaktor, jestem rozkosznym kociątkiem, które wieczorem wygodnie kładzie się na sofie z różowym laptopem i lampką wina, i jeszcze z Tobą rozmawia.
Małe kociątko, które trzeba podrapać za uszkiem.
A następnego dnia znów wstaję, biorę prysznic, budzę syna, ubieram się i idę się bić z całym światem, idę się rozwijać, męczyć, być_dumnym, czytać, pisać, narzekać na mało czasu…
(Chcę ci tyle dać, chcę byś mnie miał, chcę byś mnie miał)
Bo kochasz mnie Ty.
Nic nie może się stać, nie jesteś sam, nie jesteś sam.
Chcę ci tyle dać, chcę byś mnie miał, chcę byś mnie miał.
Nic nie może się stać, nie jesteś sam, nie jesteś sam (sam sam sam sam sam sam sam)
Młodzież do 25 roku życia. NOT
Skończyłam 25 lat, skończyła się moja młodość. Trzeba by się zacząć zachowywać godnie i statecznie i wyrzucić błyszczyk z Hello Kitty ;)
Od zawsze mam tendencję do robienia jakiegoś przeglądu, podsumowania roku, lub całego życia w urodziny właśnie. Dzisiaj pomyślałam o czasach, kiedy byłam nastolatką i miotałam się strasznie w poszukiwaniu swojej drogi. Przeszłam przez etap ostrego ateizmu – to nawet wcześniej niż w czasach nastoletnich, wiarę w Boga utraciłam jeszcze przed Pierwszą Komunią. Tak, tak, przed tym wydarzeniem, jak sobie uświadomiłam, czego ode mnie oczekują, stwierdziłam, że ja nie widziałam, nie mam dowodów, to nie wierzę. Rodziców na szczęście mam sensownych, więc mnie nie zmuszali, trochę namawiali, miałam spotkania z katechetką, która też namawiała (ale też na szczęście była sensowna), więc nikt mnie nie zmuszał i w końcu nie przystąpiłam. A z kolei jak miałam 17 lat, pojechałam na wakacje na pięć tygodni do Moskwy i tam w pewnym momencie tak mi zabrakło polskiego języka, że poszłam na mszę do katedry polskiej, tylko po to, żeby posłuchać ojczystej mowy. I kazanie wygłoszone tam do mnie przemówiło, postanowiłam, że chcę spróbować. Spróbować zrozumieć, co ludzie w “tym” widzą, jak to działa. Zaczęłam regularnie chodzić na msze, potem pojechałam na Sylwester na Taize do Paryża. Co prawda noc sylwestrową spędziłam zamiast na imprezie religijnej, z tańcami i śpiewami pobożnymi szalejąc na Champs Elise, gdzie tradycją jest po północy całowanie się w usta z obcymi ludźmi dookoła. Tak, wiem, ale usprawiedliwia mnie że: a) byłam MŁODA, b) i tak było to mniej obciachowe niż inna grupka Polaków, idąca środkiem tej ulicy i rycząca “Polskaaaa, biało-czerwoooooni!”
Przechodziłam etap ostrego zainteresowania skrajną prawicą, nieco później skrajną lewicą. Popełniłam nawet publikacje zarówno w periodyku pierwszej z tych grup, jak i drugiej. Żeby było śmieszniej, czas od składania numeru do wydania tego skrajnie prawicowego pisma był taki, że jak już numer tego kwartalnika, który jednak z powodu problemów finansowych ukazywał się w podwójnych numerach co pół roku, to ja już byłam po tej drugiej stronie i tego samego dnia, co wyszedł drukiem numer pierwszego pisma z moim tekstem, ja się dowiedziałam, że naczelny drugiego pisma przyjął mój wiersz do publikacji. Moja przyjaciółka z liceum tylko wytrzeszczyła oczy, jak najpierw przybiegłam jej pochwalić się opublikowanym tekstem w skrajnie prawicowym piśmie, a dwie godziny później przybiegłam z radosną wieścią, że naczelny lewackiego pisma przyjął coś mojego do publikacji.
No i oczywiście do tego zakochiwanie się w amantach filmowych (kochałam się w Davidzie Duchovnym aka Foxie Mulderze z “X files”), w facetach z realnego życia, w chłopaku z liceum będącego dwie klasy wyżej, w synu Bronisława Wildsteina, w jednym wykładowcy z Wydziału Filozofii UW, w jednym gospodarzu schroniska górskiego w Bieszczadach…
I konflikty w szkole, przez czytanie pod ławką, przez bycie inteligentniejszą niż nauczyciele, przez dociekliwość, przez niewielbienie Miłosza. I flirciki z subkulturami, punkami, hipisami, pacyfistami. Fascynacja egzystencjalistami – nosiłam obowiązkowe czarne swetry, czytałam Sartre’a, Kafkę, Orwella, wszelkie inne bardzo optymistyczne książki, poezję Wojaczka i Bursy i Świetlickiego, paliłam Gauloisy, w zastępstwie Gitanesów.
I konflikty z rodzicami, awantury o czytanie, zamiast odrabianie lekcji, o chodzenie późno spać (już wtedy mój zegar biologiczny twierdził, że noc to najlepsza dla mnie pora i że należy wstawać późno w dzień), o to, że chcę mieć przekłute uszy, o palenie papierosów…
Tak, tak, wczesna młodość to jeden z najbardziej przerąbanych okresów w życiu. Hormony szaleją, człowiek się miota, szuka, sprawdza, eksperymentuje, jest idealistą (ach, jak wspomnę czas, gdy zdzierałam gardło na manifestacjach przeciwko wojnie w Iraku i gadałam godzinami z alterglobalistami…). Ta wiara, ze wszystko można zmienić. I bolesne rozczarowanie, gdy się okazuje, że jednak nie można. I autorytety z hukiem spadające z piedestału. I te wszystkie szaleństwa. I to przeżywanie intensywne, bezrefleksyjne, rzucanie się z głową we wszystko. Z perspektywy czasu oceniam że to najbardziej przerąbany czas, ale też najmilszy do wspominania, gdy się jest już starszym i bogatszym w doświadczenia życiowe.
A dzisiaj rano pojechałam do pracy, odstawiłam po drodze dzieci do przedszkoli, szłam potem do korpo paląc papierosa i podśpiewując beztrosko “bam bam bira bam bam bira” z utworu Rihanny słuchanego na iPodzie i nagle się jakoś z głębi uśmiechnęłam, szczerze i w pełni. Poczułam się szczęśliwa. Mam mieszkanie, mam pracę, mam dwójkę cudownych dzieci, robię prawo jazdy, mam przyjaciół, rodzinę, lubego, mam trzy laptopy i piękny nowy pawlacz, dostałam świetny telefon w prezencie urodzinowym, mnóstwo osób złożyło mi życzenia…
Wieczorem przyjechał luby, zrobił mi porządek z kablami w podbiurczu, piliśmy wino, opowiadał przezabawne historyjki, dostałam pięknego storczyka, jestem zdrowa, mam plany, mam chęci, mam oczekiwania, mam siłę… Dużo mam. Naprawdę dużo.
Hołdys i nowa sofa
Zbigniew Hołdys założył sobie konto na blipie. Pisał wczoraj dużo, czytałam, nawet coś skomentowałam. Zaś w życiu realnym kupiłam sobie sofę.
A że moje sny bardzo często odtwarzają w nieco zmienionej formie to, co mi się przydarza na jawie, to przyśnił mi się Hołdys siedzący na mojej nowej sofie (chociaż fizycznie jej nie mam jeszcze w domu, przywiozą za jakiś czas) i używający mojego maka (coś takiego! MOJEGO maczka kochanego). W ogóle byłam zła na niego, że tak siedzi, bo miał do mnie przyjść ukochany i myślałam sobie, że żeby się spokojnie poprzytulać, będę go musiała przyjąć w kuchni i w ogóle co on powie na tego Hołdysa na sofie. A tymczasem siedziałam koło niego i coś robiliśmy na moim komputerze, on komentował programy, które mam w docku i podpiął sobie myszkę (a ja albo używałam touchpada albo drugiej myszki, nie pamiętam dokładnie).
Sen się urwał zanim przyszedł mój luby, który oczywiście bardzo się uśmiał z mojego dziwacznego snu. I zrobił nam kawy :-)
nie dramatyzuj
[19:16] krolowanocy: no nie moge
[19:16] krolowanocy: córka nie chce spać
[19:17] krolowanocy: i nie mam nowego sezonu house’a
[19:17] krolowanocy: i nie mam chłopaka
[19:18] arcio: ja tez nie mam chlopaka, nie dramatyzuj
ja ciągle wierzę w gnijący świat
Ktoś mi zrobił straszne świństwo. Oszukał, wykorzystał, zranił. Płakałam, nic nie jadłam, paliłam dziesiątki papierosów. A dziś rano rzygałam z obrzydzenia dla hipokryzji i zakłamania tej osoby. A potem ubrałam dzieci, odprowadziłam syna do przedszkola, wyjaśniając mu po drodze kwestie dostaw do sklepów oraz śmieciarek, zostawiłam go w przedszkolu, odwiozłam córkę do jej przedszkola. Tam jakaś krótka rozmowa z ciocią z grupy Biedronek, przypadkiem, zagadnęła mnie, udzieliła dobrej rady, miło, ciepło, życzliwie. I wiecie co? Szłam potem do pracy, puściłam sobie taką piosenkę na ajpodzie:
Słońce, ta krótka miła rozmowa, pełne mocy i optymizmu słowa piosenki… Podniosłam się. Wyprostowałam się, wystawiłam twarz do słońca, szłam energicznym krokiem. Przed siebie. W przyszłość. Nie zabiło, wzmocniło. Być może (raczej z pewnością) będę się jeszcze smucić, denerwować, może nawet jeszcze płakać. Ale jest dobrze, jestem silna, jestem niesamowicie, niewiarygodnie silna, podnoszę głowę, rany się zagoją.
Pomogło mi też pewnie to, że wczoraj pierwszy raz w życiu sama prowadziłam samochód i jestem z tego bardzo dumna. Raz przypaliłam sprzęgło, raz odrobinę spanikowałam na wąskim zakręcie, kiedy mijałam się z szybko jadącym drugim samochodem, a instruktor kazał mi właśnie bieg zmienić, ale poza tym szło mi nieźle. Trochę za szybko jeżdżę, zrugał mnie instruktor, “noga z gazu!” było jednym z najczęściej używanych przez niego zwrotów. Może to dlatego, że i chodzę szybko, jestem energiczna. A może po prostu się nie bałam, bo i czego tu się bać? Wszystko jest do opanowania. Wymaga to treningu, sporo praktyki, ale nie jest aż takie trudne. A ja się lubię uczyć. Sprawia mi dużą satysfakcję sam fakt, że się uczę czegoś nowego, że będę umiała więcej.
Opanuję samochód, opanuję zranione serce…
Cóż, przeżyłam sporo cudownych chwil, ale koniec był przykry. Kłamstwa wyszły na jaw.
Świat jest pełen zakłamania, ale hej! Świat jest też pełen słońca, dobrych rozmów, muzyki, szczerej miłości (choć ostatnie wydarzenia dają mi asumpt do stwierdzenia, że tylko miłość dziecka – i to raczej małego – do matki jest taka absolutnie szczera). Zatem po prostu pójdę dalej, skupiając się na słońcu i dobrych relacjach, a nie rozpamiętując tych złych.
too much?
za dużo piję, za dużo palę, za mocno czuję*
Przez lata zdanie-wytrych, zdanie-klucz. Klucz do mojej pokręconej duszy? No way. Zaledwie wytrych. Pierdolę coś, pijana winem, które wydawało się ohydne, ale po schłodzeniu i zmieszaniu z wodą mineralną jest całkiem znośne.
Wino, macbook, nowa klawiatura (gdzie, do cholery jest shift, dlaczego tu nie ma białych klawiszy z czarnymi literkami, ale się podświetlają jak jest ciemno, jak zajebiście, nie ogarniam jeszcze tego touchpada, ale jest fajny)
Praca, dzieci, kurs, spotkania z T., kolacja, carpaccio, dobrze mi, sen, praca, dzieci, użeranie się z przedszkolami, oczywiście to Tomka ssie, jak to państwowe, wyrzuty sumienia, lekarz, wydatki, sukcesy Mai, moje sukcesy, moje zaangażowanie, przez nikogo nie docenione, ale chuj tam, satysfakcja, że wstałam o tej pieprzonej czwartej rano, że dałam radę, dałam radę, jak zwykle. Chomik w kołowrotku. Praca, projektowanie kuchni, zakupy przez internet, rozmowy przez telefon, dzieci, nie napisałam tekstu, kurwa, nie zdążyłam, nie dałam rady, cholera, cholera, cholera. D. przywozi mi pizzę, jemy, usypiam dzieci, oglądam House’a, zasypiam nieprzytomna, potem zasypiam w pracy, W. robi mi zdjęcie, śmieję się, robię dobrą minę do złej gry, złej, bo się panicznie boję, że może on jednak serio to wykorzysta. Inny D., dotychczas kolega-z-pracy znienacka mnie podrywa, nie chcę, nie wiem, nie mogę, dlaczego, proszę, proszę, niech to się samo rozwiąże, nie mam siły.Wino się kończy, jeszcze jeden papieros, nie chce mi się jutro do pracy, więc odwlekam jutro, co z tego, że się nie wyśpię, śpię 4 godziny i jest ok, śpię 7 godzin i zasypiam, wtf. Lady Gaga śpiewa. Tak, jestem pustą laską, słucham Lady Gagi, mam różowego laptopa, czytuję Pudla.**
Rozpaczliwie i beznadziejnie kocham się w Cloudy. I w T., ale to zupełnie inne historie.
Tak, nauczę się w końcu jeździć, przełamię strach, będę się kulturalnie przemieszczać samochodem. Będę świetną matką, pracownikiem, kobietą, Polką, matką, żoną i kochanką, utrzymanką. Będę chodzić na fitness, jeść marchewki, uśmiechać się, mieć czas, być dla, być z, być w, być… sobą?
Oby.
Uczę się, jestem uczona. Będzie dobrze.
Telewizor gra bez głosu, po co mi on, po co mi te twarze, widać potrzebne, albo nie chce mi się pyknąć jednego guziczka na pilocie.
Dobranoc.
(Oczywiście, jutro spojrzę, co za głupoty, jak ja mogłam, grafomanka jedna, co ja sobie myślałam)***
* wiem, banał
** tak trochę Proustowski strumień świadomości mode
*** tak, użalanie się nad soba i faza “biedny koteczek”
miau. dobranoc.
tik tak
Dramatycznie mało czasu, każda chwila życia wykorzystana do granic możliwości. Do Warszawy na parę godzin przyjeżdża B., umawiamy się, że pójdziemy na kawę, co kończy się tym, że siedzimy w holu pod roślinkami i gadamy o tańcu i seksie. Odnoszę mały sukces w pracy, dostaję nagrodę, jest fajnie, ale następnego dnia jestem tak zmęczona, że nie chce mi się nic. Decyduję się znienacka iść na koncert Madonny, na wyjazd, całą resztę mam obrzydliwie zaplanowaną. Wstukuję do kalendarza, do komórki spotkania, pracę, kursy, urlopy znajomych, blipiwa, randki, zakupy. Potem siedzę zmęczona i nie mam siły podejść do piszczącego telefonu, żeby zameldować mu wykonanie zadania.
Byle do weekendu.