Archiwa tagu ‘praca’
Chciałbym rozeznać się w sobie, póki nie będzie za późno*
Biorę nowe lekarstwo z gatunku tych, co działają po dłuższym czasie, a na początku uderzają całym arsenałem skutków ubocznych, mniej lub bardziej uciążliwych. Zaczęło się od koszmarnych bóli głowy, więc równolegle z lekiem łykam Ketonal, cudowne biało-niebieskie kapsułki, które pozwalają normalnie funkcjonować. Potem doszły jeszcze różne cuda z poziomem libido, notabene zupełnie odwrotne, niż zapowiadane, mój pan doktor orzekł, że doszło u mnie do „reakcji paradoksalnej”, tak więc paradoksalnie siedzę i się męczę. No i last but not least, mdłości. Na tyle silne, żeby nie można było o nich ani na chwilę zapomnieć, na tyle słabe, żeby nie móc ulżyć sobie wymiotami. I tak różne te efekty na zmianę, razem, osobno, do tego jeszcze kilka innych, wesoło jest.
Pocieszam się nieco filmami, albo chodzę do kina albo coś oglądam na komputerze. Zaliczyłam ostatnio:
„Iron Man 2″ – bardzo zacne kino akcji, dobra muzyka, zdjęcia, no i śliczna laska (Scarlett Johansson). Co do Roberta Downeya Jr to już nawet nic nie mówię, zakochałam się na zabój jak nastolatka.
„Nocna randka” – prosta, bezpretensjonalna komedia opowiadająca o jednej nocy z życia wieloletniego małżeństwa, które wychodzi na spokojną, nudną kolację, a robi się z tego zwariowana przygoda. Lekkie, pozwalające na dwie godziny beztroskiej zabawy.
„Disco robaczki” – film dla dzieci, recenzja tu. Bardzo zły film.
„Sherlock Holmes” – to z tych obejrzanych w domu, bo w kinach pewnie już nie grają nawet. To samo co Iron Man, zacne kino akcji, nie mam pojęcia, ile ten film ma wspólnego z książką, ale nie ma to znaczenia, mógłby być o jakimkolwiek detektywie.
„Ghost World” – a to film na motywach komiksu Daniela Clowesa, bardzo dobry, bardzo smutny i świetnie zagrany. Chciałam go obejrzeć ze względu na Scarlett Johansson, w której też się odrobinkę zadurzyłam po Iron Manie, ale w „Ghost World” to Thora Birch jest gwiazdą, Scarlett gra postać, która niby jest ważna, ale jest kompletnie nijaka, mdła i nieciekawa, przez co bardziej widać odmienność głównej bohaterki. To film o tym, jak trudno jest być dziwakiem, freakiem, niezrozumianym przez świat, którego się samemu nie rozumie. Warto, zostaje na długo.
W kolejce „Człowiek z rentgenem w oczach” (DKF w Muranowie – Najgorsze filmy świata) i nowy film dla dzieci, który zapowiada się o wiele lepiej niż te nieszczęsne robaczki, czyli „Czarodziejka Lili: smok i magiczna księga”.
Tymczasem idę spać, jutro nowa rundka łykania – tego leku, ketonalu, żeby głowa nie bolała, asparginu, na skutki stresu, cerutinu na uzupełnianie braków witaminy C i na nieprzeziębianie się, wapna na paskudną obecnie wodę w kranach, i tak dalej… Czuję się chwilami jak Adaś Miauczyński. Do tego pracuję też chwilowo z domu, bo przedszkole Młodej było uprzejme się zamknąć w związku z zagrożeniem powodzą.
*Jean-Paul Sartre „Mdłości”
…
To nie chodzi o zdjęcia. Chodzi o to, żeby tam być, zobaczyć, poczuć, zapamiętać. To historyczna chwila i cieszę się, że mogłam być jej częścią. Morze zniczy, kwiatów, tłum ludzi, a jednak wielka cisza. Spokój. Pomaganie. Bycie razem.
Jak to ładnie ujął Pandziak, którego spotkałam w drodze pod Pałac, i z którym tam poszłam: „Pod palacem było spokojne i tłumnie. Ludzie się nie pchali, zapalali sobie znicze. Własnie takie małe rzeczy zostają potem w pamięci.”
Tak było. Wielki tłum, falujący we wszystkich kierunkach, ale ani razu nie dostałam nawet kuksańca łokciem, zero agresji. Ludzie podawali sobie znicze i kwiaty nad głowami, użyczali sobie zapałek, zapalniczek, przepuszczali się. Ludzie z psami, dziećmi, młodzi starzy, ze wszystkich stron płynęli strugą pod Pałac. Pobyć tam, zapalić świeczkę, pomodlić się, wpisać do księgi kondolencyjnej, popłakać razem.
Nie wierzyłam. Płakałam. Złościłam się. Pytałam. Czytałam. Rozmawiałam. „Psychologowie rozróżniają kilka faz żałoby. Pierwszą jest szok, potem zaprzeczenie, rozpacz, odczuwanie krzywdy i agresja, wreszcie reorganizacja.” Nie wiem, kiedy przejdę do tej ostatniej. Teoretycznie cały czas muszę być zorganizowana, bo życie trwa dalej, praca, dzieci, opiekunka, ale cały czas mam w głowie chaos i czuję się zagubiona.
***
Wieczne odpoczywanie racz Im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj Im świeci na wieki wieków. Amen.
Przyszła wiosna baronowo
Wzloty. Upadki. Przyszła wiosna i rozłożyła mnie na łopatki. Kicham, mam katar, nie jem przez 4 dni, to znów rzucam się na jedzenie jak oszalała. Czuję się jakbym miała gorączkę, choć termometr twardo pokazuje normalną ciepłotę ciała. Chodzę regularnie pić i spotykać się z ciekawymi ludźmi, daje to pewne poczucie rytmu, poza tymi dniami rytm jest nierówny, zaburzony, chaotyczny. Od entuzjazmu i zapału po apatię, lęk, zagubienie. Ludzi się patrzą, ludzie dzwonią, ludzie mówią, proszą, dziękują, chcą wejść w interakcję, każda interakcja jest problematyczna, nigdy nie wiadomo, co się stanie. Giną mi rzeczy, zapodział się gdzieś pilot (i tak mało telewizji oglądam), zaginęła pewna ilość kolczyków, giną mmsy wysyłane na Blipa (ode mnie wychodzą, tam nie przychodzą, giną w nieokreślonej przestrzeni cyfrowej), znikają gumki i wsuwki do włosów, gubię rachubę czasu, gubię się w tym co czuję. Powoli zapominam, uczę się żyć bez, z, pomiędzy. Robię zdjęcia, piszę, dokumentuję, zbieram. Pracuję. Bywam niewidzialna wtedy (pozdro, Kali), oh, well. Bywa. Prowadzę rozmowy na Skype, które mają być flirtem, a rozwijają się w bardzo pouczające rozmowy o tematyce zupełnie mi obcej, więc się mnóstwa rzeczy uczę. Dobre to jest. Dobre i rozwijające.
Staram się. Jak najlepiej z mojego punktu widzenia. Chrzanić punkt widzenia innych, zawsze będzie ktoś, komu się nie spodoba. Robię sobie dobrze, bo siebie najbardziej kocham. O siebie najbardziej muszę dbać. Kochanie innych jest też dbaniem o siebie i kochaniem siebie.
I nigdy nie polubię pisania raportów
Kłody pod nogi
Czasem zdarza się taki dzień, albo i cały tydzień, że ciągle coś źle. Zaczęło się w poniedziałek. Niby miałam dzień wolny, ale w związku z tym zaplanowałam sporo rzeczy, których nie miałabym szans zrobić, gdybym pracowała. Wyrobić Kartę Miejską ze zdjęciem. Iść na pocztę. Do szewca. I tak dalej.
Zaczęło się od tego, że zabrakło wody. Potem zrobiłam zdjęcia, pojechałam z nimi do punktu MZK w metrze Centrum, gdzie się okazało, że awaria systemu i kartę można wyrobić tylko na Senatorskiej. Pojechałam tamże, wyrobiłam. Potem miałam do załatwienia pewną sprawę z eksem w salonie Orange. Przyszliśmy tam o 13.00, przed nami było w kolejce 14 osób, nasz numerem został wywołany o 15.20. Aż nie chce się komentować. Wróciłam do domu, złapałam dwa wielkie pudła, poszłam na pocztę je wysłać. Po 5 minutach okazało się że awaria systemu i nikt nic nie załatwi…
Następnego dnia dostałam telefon z przychodni, że wizyta córki u lekarza specjalisty i tak odległa w czasie z powodu urlopu lekarza musi zostać przełożona o jeszcze 2 tygodnie, bo pan sobie przedłużył urlop.
Wieczorem rozłożyłam sofę, żeby się z ulgą położyć i się zepsuła. Reklamację trzeba złożyć osobiście, a salon meblowy, gdzie była zamawiana jest na końcu świata.
Córka się pochorowała. Zrobiła mi się dziura w rękawiczce. Sama mam katar i pokasłuję. Kołorkerka wyjechała i mam dużo więcej roboty. Życie towarzyskie mi niemal zamarło, bo opiekunka do dzieci w Pradze. Google Buzz zaciąga mi jakieś stare wpisy ze stron, które mu dodam, a nie te aktualne.
Do końca tygodnia jeszcze 3 dni. Nie spodziewam się już, że któryś przejdzie mi ulgowo, bez co najmniej jednego złego zdarzenia.
Chcę byś mnie MIAU
Dzwoni budzik. Wstaję, biorę prysznic, ubieram się, maluję, wpuszczam do domu opiekunkę córki. Wychodzę, zaprowadzam syna do przedszkola i sama jadę do pracy. Identyfikator przy wejściu, winda, rozbieram się, włączam komputer, idę po gazety. Klik klik, logowanie, otwieranie zakładek, gazeta, kawa, pani Redaktor zaczyna dzień. Czytam, sprawdzam, kasuję, konwertuję, dzwonię, piszę, piszę, piszę.
Uczę się, pytam, sama uczę innych. Z identyfikatorem na szyi i portfelem w ręku biegnę na śniadanie, gdzie już kucharz wie co zamówię, po zjedzeniu idę do palarni, gdzie spotykam te same osoby, czasami mam wrażenie że my, palacze, jesteśmy idealnie zsynchronizowani, w tym samym czasie schodzimy zapalić, przy stolikach robimy to samo, czytamy te same gazety, które wcześniej kupiliśmy stojąc w tej samej kolejce w kiosku.
I znów klik, klik, wir, młyn, milion rzeczy naraz. Dużo ludzi, dużo dźwięków, zdejmuję i zakładam słuchawki, dzwonię, piszę, wpadam na świetne pomysły, kurwię na nienadążanie komputera za moimi myślami.
A potem wychodzę, otumaniona nadmiarem bodźców, informacji, przechodzę ostrożnie śliskim chodnikiem, z rozwianym włosem i rozchylonym płaszczem biegnę po tym odśnieżonym, bezpiecznym kawałku chodnika do Twojego samochodu, opadam z ulgą na miękkie siedzenie, ustawiam ogrzewanie pod siebie, przyciszam radio i opowiadam Ci o swoim dniu. I jedziemy, jedziemy. Do sklepu, do domu, do restauracji, do kina, gdziekolwiek. I mogę przestać być poważna, mogę przestać chodzić wyprostowana, choć i tak się dumnie prostuję pod Twoim pełnym podziwu i zachwytu spojrzeniem, choć nie wiem doprawdy skąd ono się bierze, w swoich oczach jestem wymięta i wyżęta przez korpo, zmęczona pracą, ale Ty sprawiasz, że czuję się znowu piękną, dojrzałą kobietą, odzyskuję siły, odzyskuję moc. Przestaję być panią Redaktor, jestem rozkosznym kociątkiem, które wieczorem wygodnie kładzie się na sofie z różowym laptopem i lampką wina, i jeszcze z Tobą rozmawia.
Małe kociątko, które trzeba podrapać za uszkiem.
A następnego dnia znów wstaję, biorę prysznic, budzę syna, ubieram się i idę się bić z całym światem, idę się rozwijać, męczyć, być_dumnym, czytać, pisać, narzekać na mało czasu…
(Chcę ci tyle dać, chcę byś mnie miał, chcę byś mnie miał)
Bo kochasz mnie Ty.
Nic nie może się stać, nie jesteś sam, nie jesteś sam.
Chcę ci tyle dać, chcę byś mnie miał, chcę byś mnie miał.
Nic nie może się stać, nie jesteś sam, nie jesteś sam (sam sam sam sam sam sam sam)
surrealistyczna grypa
Pewnej niedzieli wieczorem zaczęłam kaszleć. Dość intensywnie od razu, ale jeszcze mnie to nie przestraszyło. Ba, pomyślałam że to może od papierosów. Ale w poniedziałek rano wstaję, szykuję się do pracy i nagle odkrywam, że: boli mnie głowa, plecy, kaszlę tak, że za każdym atakiem czuję ból, jakby mi rozrywało oskrzela, jestem jakaś oszołomiona, dostaję gorączki… Telefon do pracy, że nie przyjdę, telefon do lekarza, telefon do opiekunki do dzieci… I łóżko. Zanim przyszła opiekunka, w ciągu paru godzin zaczęłam się czuć tak fatalnie, że ledwo doszłam do taksówki, wiozącej mnie do przychodni. U lekarza wdzięcznie się osunęłam na krzesło, w przerwach pomiędzy atakami kaszlu wyrzęziłam jakie mam objawy, po czym został mi zrobiony test paskowy i okazało się, że mam grypę. Wirusa typu A, mówiąc dokładniej. I dostałam receptę na Tamiflu oraz skierowanie do szpitala zakaźnego, jakbym Tamiflu nie dostała w aptekach. Na szczęście moja nieoceniona opiekunka do dzieci kupiła mi ten lek w aptece pod domem.
I to było trochę surrealistyczne. No bo w pracy się dopiero co zajmowałam tą grypą. Pisałam o niej, czytałam o niej, robiłam reaserch, gdzie można dostać to Tamiflu, liczyłam liczbę zachorowań…
Mam taką pracę, że separuję ją od swojego życia. Niby to jest rzeczywistość wokół mnie, ale wiecie – media kłamią, i tak dalej, to jest trochę inny świat, to jest obok. Wychodzę do domu i zostawiam to wszystko za sobą. To mnie nie dotyczy. I nagle te dwie rzeczywistości się zazębiły, nagle nie podpisywałam zdjęcia z kapsułkami Tamiflu, tylko sama stałam z opakowaniem Tamiflu w ręku. So weird.
Nie wiem, czy mam TĄ grypę, czy „ludzką” – nie chcieli mi zrobić dokładnego testu, ponieważ powiedzieli że tak czy siak, leczenie byłoby takie samo. Mi to odpowiadało, ale wszyscy znajomi pytający mnie namolnie czy mam A/H1N1 – wrr. Więc dla nich jeszcze raz – NIE WIEM, ale wiem, że ta grypa, którą mam jest bardzo męcząca i wyczerpująca organizm, ok?
Dzieciaki oczywiście też zachorowały mimo noszenia przeze mnie maseczki. W środę wezwałam lekarza do domu, który jednakże jedyne co zrobił, to wypisał dla dzieci skierowanie do szpitala, żeby tam zostały zbadane. No i wylądowaliśmy wszyscy w szpitalu zakaźnym. Lekarze na izbie przyjęć mieli maski jak z filmów o skażeniu biologicznym. Maja została zbadana łącznie z testem paskowym na obecność wirusa i dostałą receptę na Tamiflu, Tomek został tylko normalnie zbadany, testem nie, bo „nie jest w grupie ryzyka”. Innymi słowy szkoda testu na niego. Po czym pacjenci zostali odesłani do domu…
Piątek był pierwszym dniem, kiedy mogłam powiedzieć, że czuję się lepiej (aczkolwiek nie: dobrze. jedynie lepiej). Wciąż kaszlę, wciąż jestem osłabiona, ale już wstaję z łóżka, kąpię się, robię pranie, ugotowałam gar bigosu. Daję radę. Maja też już nieźle, jedynie Tomek gorączkuje mocno, strasznie kaszle, dużo śpi – dużo mocniej go złapało niż Maję. (Ale to ona dostała lek, a nie on, bo on ma już ponad 5 lat i mu nie przysługuje. Wrr.)
W międzyczasie dzwonił do mnie Sanepid, wypytując o moją chorobę, luby przywoził wielkie ilości jedzenia, soku pomarańczowego i chusteczek do nosa, dużo osób pytało regularnie jak się czuję, Alquana przysłała z Krakowa torbę muffinków – wszystkim Wam serdecznie za to dziękuję.
Teraz już pomału mogę powiedzieć, że jestem rekonwalescentką, jeszcze 2, 3 dni i będę zdrowa, ale ostrzegam was – od poniedziałku do czwartku umierałam. Miałam gorączkę, płuca mi rozrywał kaszel, zużywałam wielkie ilości chusteczek do nosa na katar, kręciło mi się w głowie, a ból głowy i pleców ustępował tylko po Nurofenie Forte. Także niezależnie od histerii nakręcanej przez media – uważajcie na siebie, chłopcy i dziewczęta. Po prostu uważajcie, bo ta grypa jest paskudna. Niezależnie która.
Młodzież do 25 roku życia. NOT
Skończyłam 25 lat, skończyła się moja młodość. Trzeba by się zacząć zachowywać godnie i statecznie i wyrzucić błyszczyk z Hello Kitty ;)
Od zawsze mam tendencję do robienia jakiegoś przeglądu, podsumowania roku, lub całego życia w urodziny właśnie. Dzisiaj pomyślałam o czasach, kiedy byłam nastolatką i miotałam się strasznie w poszukiwaniu swojej drogi. Przeszłam przez etap ostrego ateizmu – to nawet wcześniej niż w czasach nastoletnich, wiarę w Boga utraciłam jeszcze przed Pierwszą Komunią. Tak, tak, przed tym wydarzeniem, jak sobie uświadomiłam, czego ode mnie oczekują, stwierdziłam, że ja nie widziałam, nie mam dowodów, to nie wierzę. Rodziców na szczęście mam sensownych, więc mnie nie zmuszali, trochę namawiali, miałam spotkania z katechetką, która też namawiała (ale też na szczęście była sensowna), więc nikt mnie nie zmuszał i w końcu nie przystąpiłam. A z kolei jak miałam 17 lat, pojechałam na wakacje na pięć tygodni do Moskwy i tam w pewnym momencie tak mi zabrakło polskiego języka, że poszłam na mszę do katedry polskiej, tylko po to, żeby posłuchać ojczystej mowy. I kazanie wygłoszone tam do mnie przemówiło, postanowiłam, że chcę spróbować. Spróbować zrozumieć, co ludzie w „tym” widzą, jak to działa. Zaczęłam regularnie chodzić na msze, potem pojechałam na Sylwester na Taize do Paryża. Co prawda noc sylwestrową spędziłam zamiast na imprezie religijnej, z tańcami i śpiewami pobożnymi szalejąc na Champs Elise, gdzie tradycją jest po północy całowanie się w usta z obcymi ludźmi dookoła. Tak, wiem, ale usprawiedliwia mnie że: a) byłam MŁODA, b) i tak było to mniej obciachowe niż inna grupka Polaków, idąca środkiem tej ulicy i rycząca „Polskaaaa, biało-czerwoooooni!”
Przechodziłam etap ostrego zainteresowania skrajną prawicą, nieco później skrajną lewicą. Popełniłam nawet publikacje zarówno w periodyku pierwszej z tych grup, jak i drugiej. Żeby było śmieszniej, czas od składania numeru do wydania tego skrajnie prawicowego pisma był taki, że jak już numer tego kwartalnika, który jednak z powodu problemów finansowych ukazywał się w podwójnych numerach co pół roku, to ja już byłam po tej drugiej stronie i tego samego dnia, co wyszedł drukiem numer pierwszego pisma z moim tekstem, ja się dowiedziałam, że naczelny drugiego pisma przyjął mój wiersz do publikacji. Moja przyjaciółka z liceum tylko wytrzeszczyła oczy, jak najpierw przybiegłam jej pochwalić się opublikowanym tekstem w skrajnie prawicowym piśmie, a dwie godziny później przybiegłam z radosną wieścią, że naczelny lewackiego pisma przyjął coś mojego do publikacji.
No i oczywiście do tego zakochiwanie się w amantach filmowych (kochałam się w Davidzie Duchovnym aka Foxie Mulderze z „X files”), w facetach z realnego życia, w chłopaku z liceum będącego dwie klasy wyżej, w synu Bronisława Wildsteina, w jednym wykładowcy z Wydziału Filozofii UW, w jednym gospodarzu schroniska górskiego w Bieszczadach…
I konflikty w szkole, przez czytanie pod ławką, przez bycie inteligentniejszą niż nauczyciele, przez dociekliwość, przez niewielbienie Miłosza. I flirciki z subkulturami, punkami, hipisami, pacyfistami. Fascynacja egzystencjalistami – nosiłam obowiązkowe czarne swetry, czytałam Sartre’a, Kafkę, Orwella, wszelkie inne bardzo optymistyczne książki, poezję Wojaczka i Bursy i Świetlickiego, paliłam Gauloisy, w zastępstwie Gitanesów.
I konflikty z rodzicami, awantury o czytanie, zamiast odrabianie lekcji, o chodzenie późno spać (już wtedy mój zegar biologiczny twierdził, że noc to najlepsza dla mnie pora i że należy wstawać późno w dzień), o to, że chcę mieć przekłute uszy, o palenie papierosów…
Tak, tak, wczesna młodość to jeden z najbardziej przerąbanych okresów w życiu. Hormony szaleją, człowiek się miota, szuka, sprawdza, eksperymentuje, jest idealistą (ach, jak wspomnę czas, gdy zdzierałam gardło na manifestacjach przeciwko wojnie w Iraku i gadałam godzinami z alterglobalistami…). Ta wiara, ze wszystko można zmienić. I bolesne rozczarowanie, gdy się okazuje, że jednak nie można. I autorytety z hukiem spadające z piedestału. I te wszystkie szaleństwa. I to przeżywanie intensywne, bezrefleksyjne, rzucanie się z głową we wszystko. Z perspektywy czasu oceniam że to najbardziej przerąbany czas, ale też najmilszy do wspominania, gdy się jest już starszym i bogatszym w doświadczenia życiowe.
A dzisiaj rano pojechałam do pracy, odstawiłam po drodze dzieci do przedszkoli, szłam potem do korpo paląc papierosa i podśpiewując beztrosko „bam bam bira bam bam bira” z utworu Rihanny słuchanego na iPodzie i nagle się jakoś z głębi uśmiechnęłam, szczerze i w pełni. Poczułam się szczęśliwa. Mam mieszkanie, mam pracę, mam dwójkę cudownych dzieci, robię prawo jazdy, mam przyjaciół, rodzinę, lubego, mam trzy laptopy i piękny nowy pawlacz, dostałam świetny telefon w prezencie urodzinowym, mnóstwo osób złożyło mi życzenia…
Wieczorem przyjechał luby, zrobił mi porządek z kablami w podbiurczu, piliśmy wino, opowiadał przezabawne historyjki, dostałam pięknego storczyka, jestem zdrowa, mam plany, mam chęci, mam oczekiwania, mam siłę… Dużo mam. Naprawdę dużo.
zardzewiało mi coś
We mnie coś. W środku.
Dni są takie szare, tydzień był ciężki, w tym miało być cudownie, miało być pięknie, miało być ładowanie akumulatorków, a zamiast niego był jeszcze większy stres. Potem krótkotrwałą ulga, ale też niepokój, bo nie wiadomo co się dzieje…
G: wyszedlem już. nie pozwalali używać komórek, dlatego nie zadzwoniłem
K: szalałam z niepokoju wczoraj wieczorem, wymyślałam już rozmaite scenariusze. nawet że umarłeś
G: nie no, coś ty, jakbym umarł, tobym ci napisał smsa
K: obiecujesz?
G: obiecuję
K: kocham cię
G: ja ciebie też kocham
Jakiś zły czas, ciągle choroby, ciągle jest szaro i mokro, mam chroniczny niedobór snu, czy się położę o 23, czy o 1 w nocy jestem tak samo nieprzytomna, nawet po krótszym śnie lepiej funkcjonuję.
Gdzieś coś się zacięło we mnie, jakiś trybik nie działa, ogarnia mnie poczucie ciągłej klęski, wstaję, idę do pracy, normalnie rozmawiam, nawet żartuję, piszę maile, bawię się z dziećmi, oglądam „Grey’s anatomy”, niby wszystko tak normalnie, a jednak brakuje w tym jakiejś iskry, funkcjonuję jak robot, ze ściśle wyliczonym czasem na poszczególne czynności, żeby za dużo nie myśleć. W ogóle nie myśleć. Jak myślę o jutrze, pojutrze, zimie – boję się. Zaszywam się w kokonie identycznych dni wypełnionych obowiązkami.
Jedynie w sobotę ostatnią byłam na Nocnym Maratonie Blogerów – bardziej towarzyska niż artystyczna impreza, dość dziwna dla osób nieblogujących, podstawowe pytanie, jakie słyszałam, jak komuś o tym mówiłam, brzmiało: „ale po co?”. No po co, ot, żeby się spotkać, pogadać, popieprzyć głupoty i trochę popisać zbiorowo jednego bloga.
Zdjęcie mi ładne zrobiono
(foto: Iskanna)
Miło było, ale to oczywiście noc w plecy, bo impreza trwała do 6 rano…
Nic, jeszcze będzie ciepło, jeszcze będzie lepiej, urodziny się moje zbliżają, od paru lat jestem smutna w urodziny, ale tym razem będzie inaczej, czuję to.
too much?
za dużo piję, za dużo palę, za mocno czuję*
Przez lata zdanie-wytrych, zdanie-klucz. Klucz do mojej pokręconej duszy? No way. Zaledwie wytrych. Pierdolę coś, pijana winem, które wydawało się ohydne, ale po schłodzeniu i zmieszaniu z wodą mineralną jest całkiem znośne.
Wino, macbook, nowa klawiatura (gdzie, do cholery jest shift, dlaczego tu nie ma białych klawiszy z czarnymi literkami, ale się podświetlają jak jest ciemno, jak zajebiście, nie ogarniam jeszcze tego touchpada, ale jest fajny)
Praca, dzieci, kurs, spotkania z T., kolacja, carpaccio, dobrze mi, sen, praca, dzieci, użeranie się z przedszkolami, oczywiście to Tomka ssie, jak to państwowe, wyrzuty sumienia, lekarz, wydatki, sukcesy Mai, moje sukcesy, moje zaangażowanie, przez nikogo nie docenione, ale chuj tam, satysfakcja, że wstałam o tej pieprzonej czwartej rano, że dałam radę, dałam radę, jak zwykle. Chomik w kołowrotku. Praca, projektowanie kuchni, zakupy przez internet, rozmowy przez telefon, dzieci, nie napisałam tekstu, kurwa, nie zdążyłam, nie dałam rady, cholera, cholera, cholera. D. przywozi mi pizzę, jemy, usypiam dzieci, oglądam House’a, zasypiam nieprzytomna, potem zasypiam w pracy, W. robi mi zdjęcie, śmieję się, robię dobrą minę do złej gry, złej, bo się panicznie boję, że może on jednak serio to wykorzysta. Inny D., dotychczas kolega-z-pracy znienacka mnie podrywa, nie chcę, nie wiem, nie mogę, dlaczego, proszę, proszę, niech to się samo rozwiąże, nie mam siły.Wino się kończy, jeszcze jeden papieros, nie chce mi się jutro do pracy, więc odwlekam jutro, co z tego, że się nie wyśpię, śpię 4 godziny i jest ok, śpię 7 godzin i zasypiam, wtf. Lady Gaga śpiewa. Tak, jestem pustą laską, słucham Lady Gagi, mam różowego laptopa, czytuję Pudla.**
Rozpaczliwie i beznadziejnie kocham się w Cloudy. I w T., ale to zupełnie inne historie.
Tak, nauczę się w końcu jeździć, przełamię strach, będę się kulturalnie przemieszczać samochodem. Będę świetną matką, pracownikiem, kobietą, Polką, matką, żoną i kochanką, utrzymanką. Będę chodzić na fitness, jeść marchewki, uśmiechać się, mieć czas, być dla, być z, być w, być… sobą?
Oby.
Uczę się, jestem uczona. Będzie dobrze.
Telewizor gra bez głosu, po co mi on, po co mi te twarze, widać potrzebne, albo nie chce mi się pyknąć jednego guziczka na pilocie.
Dobranoc.
(Oczywiście, jutro spojrzę, co za głupoty, jak ja mogłam, grafomanka jedna, co ja sobie myślałam)***
* wiem, banał
** tak trochę Proustowski strumień świadomości mode
*** tak, użalanie się nad soba i faza „biedny koteczek”
miau. dobranoc.



