Archiwa tagu ‘styl życia’
Zabawa w literki
Wymyśliłam sobie, że coś sprawdzę. Ci z Was, którzy używają przeglądarki Firefox (a wiele Was jest, wynika mi ze statystyk na blogu) wiedzą pewnie, że po pewnym czasie wystarczy w pasek adresu wpisać jedną literkę, a od razu wyskakują propozycje najczęściej używanych stron, w których adresie ta literka występuje. I oto wymyśliłam sobie, że sprawdzę sobie, co pod poszczególnymi literkami mi wyskakuje na pierwszym miejscu – ot, tak, zobaczyć jakie to ja strony najczęściej odwiedzam z domu.
No to po kolei.
A: allegro (aż dziwne, bo ostatnio częściej używam sklepu a.pl, który znalazł się na drugim miejscu, ale rozumiem że FF liczy od samego początku korzystania, a nie w ostatnim czasie)
B: blip
C: citibank
D: da grasso (pizzeria z dowozem do domu)
E: empik
F: facebook
G: google
H: house -strona fanów serialu
I: intymna (sklep z bielizną)
J: jednodrzewo (mój stary fotoblog, już nieużywany)
K: krolowanocy.bzzz.pl
L: luca (tzn jej blog główny)
M: małocyckowe (blog mój, Luki i Bluszczyka o bieliźnie)
N: nasza-klasa
O: onet
P: poczta (moja służbowa)
R: yyy, eeee, tego… nie powiem ;)
S: blipowa sekretarka
T: tvn24
U: też blip
W: wrzuta
Z: zrzuta
Ktoś podejmie zabawę u siebie? :)
Ekodebilizm
Natrafiam ostatnio w sieci na rozmaite ekologiczne wymysły i sama nie wiem czy śmiać się, czy płakać, czy pukać w czoło. Względnie zrobić facepalm. Dla niektórych troska o środowisko stała się jakąś chorą, fanatyczną obsesją, zmierzającą do tego, żeby jak najbardziej odmienić życie ludzi i pozbawić je wielu praktycznych rzeczy, które tak je ułatwiają. Pominę energooszczędne żarówki, których z całego serca nienawidzę, z wielu powodów. Pominę nawoływania do segregacji śmieci, którą owszem, można sobie w domu robić, ale co z tego, skoro w promieniu kilometra od domu nie ma żadnych pojemników na te posegregowane śmieci, a zsyp w bloku również ma jedną dziurę. Pominę też pomysł oddawania moczu pod prysznicem, gdy ktoś nie ma prysznica zapewne miałby sikać do wanny, a pomysł brania kąpieli w wannie, do której się regularnie siusia wydaje mi się dość obrzydliwy.
Ale o to mamy “ekologiczne podpaski i tampony”. Ekologiczne – czyli wielorazowe. Takie oto. Śliczne! Kolorowe! Przyjemne w dotyku. Uhm, jasne. Po pierwsze doskonale widoczne pod obcisłymi spodniami. Po drugie, wymagają ciągłego prania, a krew, jak wiadomo, spiera się dobrze tylko w zimnej wodzie. Po trzecie, w przypadku chęci zmiany takiej podpaski, zużyty wkład trzeba wyjąć i gdzieś przechować do czasu możliwości uprania – twórca tego wynalazku radośnie proponuje “nieprzemakalna saszetkę zamykaną na suwak i podzieloną na przegródki, dzięki którym można w niej przechowywać jednocześnie nie używane i używane podpaski.” Jeżeli jesteś poza domem, możesz zbierać zużyte podpaski z całego dnia do saszetki – pisze dalej. Wyobrażacie sobie chodzić cały dzień z saszetką z zakrwawionymi kawałkami materiału w torebce? A weź to potem wieczorem dopierz, często przecież bywa tak, że po 8 godzinach pracy gdzieś jedziemy, mamy jakieś spotkanie, zajęcia, zakupy do zrobienia i w efekcie w domu jesteśmy dopiero późnym wieczorem. Z pewnością każda zmęczona pracą (i miesiączką!) kobieta marzy wtedy o praniu ręcznym. Jedna z użytkowniczek tego wynalazku pisze zresztą “świetne, używam od roku, mają tylko jeden minus – nie dopierają się” (wybielaczy i wszelkich odplamiaczy nie wolno używać, bo to oczywiście nieekologiczne). Wspaniały wynalazek, nieprawdaż?
Dla pragnących jeszcze większej wygody, naszykowano “kubeczek menstruacyjny” - wielorazowy, ekologiczny tampon, wykonany ze specjalnego, medycznego silikonu, który jest hypoalergiczny. Wkładasz go na miejsce, gdy się napełni wyjmujesz, myjesz, wkładasz z powrotem… I tak nawet przez 10 lat, bo wg producenta tyle właśnie wytrzymuje. Ciekawe, skąd wg producenta kobieta ma wiedzieć, że już czas taki kubeczek wymienić, zawsze mi się wydawało, że tampony po to wymyślono, żeby nie musieć w ogóle pamiętać o tym, że coś tam z ciebie wycieka. Oraz jak umyć kubeczek, gdy w kabinie jest tylko sedes, a umywalki są ogólnodostępne, już widzę kobietę, która radośnie wyjdzie z takim zakrwawionym kubeczkiem przed sobą, umyje go w umywalce przy asyście zdumionych kobiet przy sąsiednich umywalkach, a potem wróci do kabiny, żeby kubeczek założyć ponownie, po czym jeszcze raz pójdzie umyć ręce. Praktyczne, nie ma co, jakaż oszczędność czasu.
Ale, ale, jeśli miesiączka to taka uciążliwa rzecz, to może w ogóle jej się pozbyć? I nie, nie zachodząc co chwilę w ciążę, tylko stosując odpowiednią dietę. W tym tekście najpierw autorka przedstawia miesiączkę jako “przygnębiające doświadczenie”, dni pełne “niedyspozycji, dyskomfortu i bólu”, “poczucie klątwy”, twierdzi nawet, że to rzecz “ani naturalna ani zdrowa”. I zaraz proponuje cudowną dietę, która całkowicie eliminuje tą straszną rzecz z życia kobiety. Trzeba otóż przestać jeść “produkty pochodzenia zwierzęcego t.j. mięso, ryby, artykuły mleczne, jajka oraz przetworzone produkty roślinne t.j. rafinowane węglowodany typu biała mąka, biały cukier, ponad to sól. Trzeba również znacząco ograniczyć spożywanie pieczywa oraz przetworzonych olejów włącznie z olejami roślinnymi.” De facto proponuje przejście na dietę witariańską (czyli same surowe owoce i warzywa). No tak, to już dawno zostało naukowo potwierdzone, że gwałtowne odchudzanie się i niedożywienie powoduje zanim miesiączki. Baaardzo zdrowo, bardzo. Jakkolwiek jeszcze straszniejsze jest to przedstawianie miesiączki jako “klątwy”, której każdy się chce pozbyć. Jasne, miesiączka nie jest może najprzyjemniejszą rzeczą, ale imo jest tak nieodwracalnie związana z kobiecością, że czułabym się bardzo nieswojo nie mając jej. No i ciekawe jak niby wcześnie podejrzewać ciążę, gdy się nie miesiączkuje na stałe.
I tak dalej, i tak dalej, skupiłam się tutaj tylko na wymysłach dotyczących miesiączki, ale jest tego znacznie więcej, ekologiczne kuleczki ceramiczne do prania (bo detergenty przecież wynaleziono tylko po to, żeby zbijać na tym kasę, do prania wystarczy sama woda), pomysł niekupowania ubrań przez pół roku (szczególnie przy małych dzieciach wykonalne…), używanie cytryny, octu i sody do sprzątania, wielorazowe kubeczki papierowe od picia (po poprzedniej osobie oddziera się tylko pasek kubka z góry).
Coraz więcej pomysłów “z kosmosu”, coraz bardziej przekonujących normalnych ludzi, że ekologowie to grupka oszołomów z idiotycznymi pomysłami. A gdzie się podziały zwyczajne porady, żeby zakręcać kran, jak się myje zęby czy gasić światło wychodząc z pomieszczenia? Przypuszczam, że większość ludzi tego nie robi. Tak samo jak nie będzie używać podpasek wielorazowych.
Było warto
Znów piosenka przemówi częściowo w moim imieniu, trudno, muzyka to moje życie.
Było warto. I nie żałuję. Było kolorowo i było niekolorowo. Spodziewałam się końca, nie spodziewałam się że będzie taki bez klasy z jego strony. Ale to z jego strony. Ja byłam w porządku. I warto było szaleć, spalać się , kochać aż do bólu. Skończyło się, cóż, coś się kończy, coś się zaczyna, trochę się powściekałam, trochę popłakałam, teraz uśmiechnę się do swoich myśli i powiem sobie: WARTO BYŁO. Ależ ja teraz jestem silna. Jestem silna, dzielna, ładna i mądra. Mogę wpakować się w idiotyczny związek bez przyszłości, bo nawet jak on się dramatycznie skończy, wyjdę z niego silniejsza i bogatsza. Bo znam swoją wartość. Bo wiem, co robię.
I uwierzcie, jeszcze rok temu nie umiałabym tak napisać.
Nie wiem, skąd to się bierze. Z tego, że moje dzieci mnie kochają i rosną na świetnych ludzi, co dowodzi, że jestem dobrą matką. Z tego, że mam wokół siebie przyjaciół, którzy mnie wspierają. Z tego, że umiem się podnieść, chodzić wciąż z podniesioną głową, żyć dalej. Że normalnie chodzę do pracy, robiąc to, co do mnie należy. Że patrzę w lustro i widzę młodą kobietę, przed którą jest wciąż wiele i z tym wszystkim sobie poradzi.
Życzę Wam wszystkim, żebyście też tak mieli. Dziękuję moim przyjaciołom, obecnym i tym, którzy mogą się nimi stać, za to, że są.
Wróci wiosna, baronowo i będziemy znów szaleć. I nie żałujmy tego. Warto. Jeżeli potem można spojrzeć w swoje oczy w lustrze i czuć się dobrze, to było warto. Wszystko warto.
Life’s still great.
I will hold my head high
Wstałam dzisiaj jak zwykle, ubrałam się, starannie umalowałam, poszłam do pracy. Wzorem Bree Van De Camp, z jednego bardzo przeze mnie lubianych seriali “Desperate Housewives”, wyobraziłam sobie puste pudełko. A następnie włożyłam do niego swoje uczucia związane z wczorajszymi wydarzeniami, zamknęłam pudełko i schowałam do dużej, pustej szafy. I tam zostanie, do momentu, kiedy nie zdecyduję się go otworzyć i rozprawić się z zawartością. Tymczasem zachowałam spokój. Jak dama.
Czyż niektóre seriale nie są pouczające i rozwijające nas?
–
Torebka kobiety – tajemnica, której wciąż nie mogę zgłębić *
Parę dni temu, z okazji Międzynarodowego Dnia Sprzątania Biurka pisaliśmy sobie na blipie #comasznabiurku. Następnego dnia, zrobiłam sobie porządek na biurku, a idąc za ciosem, postanowiłam przeprowadzić to samo z moją torebką. A jako że mam teraz nową, duuuużą torebkę, to, co tam znalazłam, nawet mnie zaskoczyło. Postanowiłam to uwiecznić. Oto, co ma (czasami) w torebce dwudziestoparoletnia kobieta: (kolejność przypadkowa)
1. książka Sapkowskiego “Krew elfów”
2. kalendarzyk na 2009 rok
3. szczotka do włosów
4. opakowanie Apapu
5. opakowanie Strepsils Intensive
6. puder Lancome
7. biały puder Shiseido
8. korektor do twarzy
9. tampon
10. rękawiczki
11. faktura ze sklepu frisco.pl z ostatnimi zakupami
12. paczka chusteczek do nosa
13. kółko od składanej wyścigówki mojego syna
14. pilniczek do paznokci
15. atomizer z perfumami Miracle Lancome
16. 2 saszetki brązowego cukru z Coffe Heaven
17. iPod
18. identyfikator korpo
19. saszetka Gripexu
20. guma do żucia
21. kosmetyczka, a w niej:
22. perfumy Very Irresistible Givenchy
23. podkład Diorskin Nude
24. podwójne cienie do oczu Fred Farrugia
25. próbka kremu nawilżającego do twarzy Clarins
26. balsam ochronny do ust
27. atomizer z perfumami Organza Givenchy
28. błyszczyk do ust Lancome
29. odświeżacz do ust
(koniec zawartości kosmetyczki)
30. papierosy
31. zapalniczka
32. spora ilość paragonów ze sklepów, potwierdzeń zapłacenia kartą, numerek z poczty
33. podpaska
34. portfel
35. klucze do mieszkania
Uff. Wszystko szczerze.
Jakby próbować mnie opisać na podstawie tej listy, wyszłoby chyba, że jestem bardzo próżną lekomanką ;)
Oraz można się domyślić, jakie są dwie moje ulubione marki kosmetyczne. Jednakże po dzisiejszych porządkach oczywiście nie wszystko wróciło do tej torebki
* tytuł to fragment piosenki zespołu Pod Budą “Damska torebka”
Tuż po…
…myślę sobie że to będzie dobry rok. Bo oto się spotkaliśmy, kochaliśmy, przywiozłeś szampana i drobne zakupy, dzieci się nie obudziły od tych głośnych fajerwerków, oboje mamy dobrą pracę, jesteśmy raczej zdrowi, kochamy się, wspieramy, jesteśmy silni, odpowiedzialni, piękni. Ok, może to ja jestem piękna, a Ty jesteś ten silny, nieistotne, dobrze nam ze sobą.
Fajerwerki, muzyka z YouTube, irc, gg, blip, rozmowy radosne i nieco smutniejsze, zazdrość, chwalenie się, przyjaźń, miłość, alkohol, papierosy, dyskusje w statusach na Facebooku, przerażenie psa, sen dzieci, karetki, miasto oddycha, my oddychamy, nawet jak chwilami nam zapiera dech z rozkoszy, nawet jak wstrzymujemy oddech, żeby dzieci nie obudzić.
Zaczerpnij powietrza. O, widzisz? Możemy wszystko. I wszystko nam się uda. “”Chcę” “Ja też chcę”. I to jest
- żeby za rok też Sylwester razem
- tak. chcę. będzie tak
- ja też chcę. będzie tak
Zaklinamy rzeczywistość, choć nie znamy przyszłości. Ale… to od nas wszystko zależy, czyż nie?
* literówki, infantylizm, idealizm i takie inne niech mi będzie wybaczone – dużo szampana i endorfin ;-)
Chcę byś mnie MIAU
Dzwoni budzik. Wstaję, biorę prysznic, ubieram się, maluję, wpuszczam do domu opiekunkę córki. Wychodzę, zaprowadzam syna do przedszkola i sama jadę do pracy. Identyfikator przy wejściu, winda, rozbieram się, włączam komputer, idę po gazety. Klik klik, logowanie, otwieranie zakładek, gazeta, kawa, pani Redaktor zaczyna dzień. Czytam, sprawdzam, kasuję, konwertuję, dzwonię, piszę, piszę, piszę.
Uczę się, pytam, sama uczę innych. Z identyfikatorem na szyi i portfelem w ręku biegnę na śniadanie, gdzie już kucharz wie co zamówię, po zjedzeniu idę do palarni, gdzie spotykam te same osoby, czasami mam wrażenie że my, palacze, jesteśmy idealnie zsynchronizowani, w tym samym czasie schodzimy zapalić, przy stolikach robimy to samo, czytamy te same gazety, które wcześniej kupiliśmy stojąc w tej samej kolejce w kiosku.
I znów klik, klik, wir, młyn, milion rzeczy naraz. Dużo ludzi, dużo dźwięków, zdejmuję i zakładam słuchawki, dzwonię, piszę, wpadam na świetne pomysły, kurwię na nienadążanie komputera za moimi myślami.
A potem wychodzę, otumaniona nadmiarem bodźców, informacji, przechodzę ostrożnie śliskim chodnikiem, z rozwianym włosem i rozchylonym płaszczem biegnę po tym odśnieżonym, bezpiecznym kawałku chodnika do Twojego samochodu, opadam z ulgą na miękkie siedzenie, ustawiam ogrzewanie pod siebie, przyciszam radio i opowiadam Ci o swoim dniu. I jedziemy, jedziemy. Do sklepu, do domu, do restauracji, do kina, gdziekolwiek. I mogę przestać być poważna, mogę przestać chodzić wyprostowana, choć i tak się dumnie prostuję pod Twoim pełnym podziwu i zachwytu spojrzeniem, choć nie wiem doprawdy skąd ono się bierze, w swoich oczach jestem wymięta i wyżęta przez korpo, zmęczona pracą, ale Ty sprawiasz, że czuję się znowu piękną, dojrzałą kobietą, odzyskuję siły, odzyskuję moc. Przestaję być panią Redaktor, jestem rozkosznym kociątkiem, które wieczorem wygodnie kładzie się na sofie z różowym laptopem i lampką wina, i jeszcze z Tobą rozmawia.
Małe kociątko, które trzeba podrapać za uszkiem.
A następnego dnia znów wstaję, biorę prysznic, budzę syna, ubieram się i idę się bić z całym światem, idę się rozwijać, męczyć, być_dumnym, czytać, pisać, narzekać na mało czasu…
(Chcę ci tyle dać, chcę byś mnie miał, chcę byś mnie miał)
Bo kochasz mnie Ty.
Nic nie może się stać, nie jesteś sam, nie jesteś sam.
Chcę ci tyle dać, chcę byś mnie miał, chcę byś mnie miał.
Nic nie może się stać, nie jesteś sam, nie jesteś sam (sam sam sam sam sam sam sam)
Młodzież do 25 roku życia. NOT
Skończyłam 25 lat, skończyła się moja młodość. Trzeba by się zacząć zachowywać godnie i statecznie i wyrzucić błyszczyk z Hello Kitty ;)
Od zawsze mam tendencję do robienia jakiegoś przeglądu, podsumowania roku, lub całego życia w urodziny właśnie. Dzisiaj pomyślałam o czasach, kiedy byłam nastolatką i miotałam się strasznie w poszukiwaniu swojej drogi. Przeszłam przez etap ostrego ateizmu – to nawet wcześniej niż w czasach nastoletnich, wiarę w Boga utraciłam jeszcze przed Pierwszą Komunią. Tak, tak, przed tym wydarzeniem, jak sobie uświadomiłam, czego ode mnie oczekują, stwierdziłam, że ja nie widziałam, nie mam dowodów, to nie wierzę. Rodziców na szczęście mam sensownych, więc mnie nie zmuszali, trochę namawiali, miałam spotkania z katechetką, która też namawiała (ale też na szczęście była sensowna), więc nikt mnie nie zmuszał i w końcu nie przystąpiłam. A z kolei jak miałam 17 lat, pojechałam na wakacje na pięć tygodni do Moskwy i tam w pewnym momencie tak mi zabrakło polskiego języka, że poszłam na mszę do katedry polskiej, tylko po to, żeby posłuchać ojczystej mowy. I kazanie wygłoszone tam do mnie przemówiło, postanowiłam, że chcę spróbować. Spróbować zrozumieć, co ludzie w “tym” widzą, jak to działa. Zaczęłam regularnie chodzić na msze, potem pojechałam na Sylwester na Taize do Paryża. Co prawda noc sylwestrową spędziłam zamiast na imprezie religijnej, z tańcami i śpiewami pobożnymi szalejąc na Champs Elise, gdzie tradycją jest po północy całowanie się w usta z obcymi ludźmi dookoła. Tak, wiem, ale usprawiedliwia mnie że: a) byłam MŁODA, b) i tak było to mniej obciachowe niż inna grupka Polaków, idąca środkiem tej ulicy i rycząca “Polskaaaa, biało-czerwoooooni!”
Przechodziłam etap ostrego zainteresowania skrajną prawicą, nieco później skrajną lewicą. Popełniłam nawet publikacje zarówno w periodyku pierwszej z tych grup, jak i drugiej. Żeby było śmieszniej, czas od składania numeru do wydania tego skrajnie prawicowego pisma był taki, że jak już numer tego kwartalnika, który jednak z powodu problemów finansowych ukazywał się w podwójnych numerach co pół roku, to ja już byłam po tej drugiej stronie i tego samego dnia, co wyszedł drukiem numer pierwszego pisma z moim tekstem, ja się dowiedziałam, że naczelny drugiego pisma przyjął mój wiersz do publikacji. Moja przyjaciółka z liceum tylko wytrzeszczyła oczy, jak najpierw przybiegłam jej pochwalić się opublikowanym tekstem w skrajnie prawicowym piśmie, a dwie godziny później przybiegłam z radosną wieścią, że naczelny lewackiego pisma przyjął coś mojego do publikacji.
No i oczywiście do tego zakochiwanie się w amantach filmowych (kochałam się w Davidzie Duchovnym aka Foxie Mulderze z “X files”), w facetach z realnego życia, w chłopaku z liceum będącego dwie klasy wyżej, w synu Bronisława Wildsteina, w jednym wykładowcy z Wydziału Filozofii UW, w jednym gospodarzu schroniska górskiego w Bieszczadach…
I konflikty w szkole, przez czytanie pod ławką, przez bycie inteligentniejszą niż nauczyciele, przez dociekliwość, przez niewielbienie Miłosza. I flirciki z subkulturami, punkami, hipisami, pacyfistami. Fascynacja egzystencjalistami – nosiłam obowiązkowe czarne swetry, czytałam Sartre’a, Kafkę, Orwella, wszelkie inne bardzo optymistyczne książki, poezję Wojaczka i Bursy i Świetlickiego, paliłam Gauloisy, w zastępstwie Gitanesów.
I konflikty z rodzicami, awantury o czytanie, zamiast odrabianie lekcji, o chodzenie późno spać (już wtedy mój zegar biologiczny twierdził, że noc to najlepsza dla mnie pora i że należy wstawać późno w dzień), o to, że chcę mieć przekłute uszy, o palenie papierosów…
Tak, tak, wczesna młodość to jeden z najbardziej przerąbanych okresów w życiu. Hormony szaleją, człowiek się miota, szuka, sprawdza, eksperymentuje, jest idealistą (ach, jak wspomnę czas, gdy zdzierałam gardło na manifestacjach przeciwko wojnie w Iraku i gadałam godzinami z alterglobalistami…). Ta wiara, ze wszystko można zmienić. I bolesne rozczarowanie, gdy się okazuje, że jednak nie można. I autorytety z hukiem spadające z piedestału. I te wszystkie szaleństwa. I to przeżywanie intensywne, bezrefleksyjne, rzucanie się z głową we wszystko. Z perspektywy czasu oceniam że to najbardziej przerąbany czas, ale też najmilszy do wspominania, gdy się jest już starszym i bogatszym w doświadczenia życiowe.
A dzisiaj rano pojechałam do pracy, odstawiłam po drodze dzieci do przedszkoli, szłam potem do korpo paląc papierosa i podśpiewując beztrosko “bam bam bira bam bam bira” z utworu Rihanny słuchanego na iPodzie i nagle się jakoś z głębi uśmiechnęłam, szczerze i w pełni. Poczułam się szczęśliwa. Mam mieszkanie, mam pracę, mam dwójkę cudownych dzieci, robię prawo jazdy, mam przyjaciół, rodzinę, lubego, mam trzy laptopy i piękny nowy pawlacz, dostałam świetny telefon w prezencie urodzinowym, mnóstwo osób złożyło mi życzenia…
Wieczorem przyjechał luby, zrobił mi porządek z kablami w podbiurczu, piliśmy wino, opowiadał przezabawne historyjki, dostałam pięknego storczyka, jestem zdrowa, mam plany, mam chęci, mam oczekiwania, mam siłę… Dużo mam. Naprawdę dużo.

