Archiwa tagu ‘warszawa’

Lato! Słońce! Warzywa! Owoce!

Rzecz w tym, że można założyć bieliznę , sukienkę, sandałki i wyjść z domu. I że czereśnie. Truskawki.
Uwielbiam lato. Jestem tak ciepłoluba, że nie istnieje dla mnie pojęcie „za ciepło”. 36 stopni? Proszę bardzo! Więcej? Jasne, tylko jestem na stałe przyssana do płynów, najlepiej ice tea z lodem. Mogę wyjść z domu w przeciągu 20 sekund, bo tyle mi zajmie ubranie się i założenie sandałów. Jest mnóstwo owoców i warzyw, w tym takie, które tylko wtedy. Całodzienne jedzenie można załatwić samymi sałatkami. Dzisiaj tak zrobiłam… prawie cały dzień na samych sałatkach. Chciałam sobie wczoraj wieczorem zrobić taką sałatkę, jak przynosi do korpo Pan Kanapka, ale z różnych powodów wyszło mi zupełnie inaczej, a bardzo dobrze. Tamta zawiera ser żółty, kukurydzę, ananasa i majonez. Ja wrzuciłam do pojemniczka:
- kurczaka curry pozostałego po obiedzie (którego wcześniej pokroiłam w kostkę ok 1×1 cm, posypałam solą, pieprzem, curry, zostawiłam na pół godziny w przyprawach, usmażyłam)
- ser żółty starty na grubej tarce
- ananasa (też małe kawałeczki, lepsze jest z małymi)
- no i chciałam dorzucić kukurydzę, ale okazało się, że nie mam, to bez namysłu dodałam resztkę żółtej fasolki szparagowej pozostałej po obiedzie (tylko pokrojonej na kawałki max 2 m długości)
- i majonez. niedużo, bardzo niedużo.
Zmieszałam, przykryłam, zamknęłam na noc w lodówce, rano złapałam wybiegając z domu do pracy. Podjadałam ją przez godzinę i obyłam się bez obiadu w pracy :-) Sycące i smaczne.

A po pracy zamiast obiadu kolejna sałatka – tym razem proste caprese. Też powód do kochania lata, pomidory z mozarellą mogę jeść wtedy codziennie i często tak jest… przez miesiąc to stała część jadłospisu. Mam w domu doniczki z bazylią, urywam parę listków, odurzam się zapachem, posypuję pomidory świeżo zmielonym pieprzem i gruboziarnistą solą morską, mniam. I tylko muszę robić więcej, niż chcę, albo kryć się przed córką, bo też uwielbia mozarellę.

I fasolka szparagowa… Wczoraj była gorąca, dzisiaj rano w sałatce, dzisiaj chciałam jej nie kupować, poszłam do warzywniaka kupić tylko puszkę kukurydzy, podchodzę i mówię: dzień dobry, poproszę pół kilo żółtej fasolki… (orientuję się, co mówię)… yyyy, to znaczy nie, nie, fasolki… a zresztą… no tak, tak, niech pani nasypie. I ugotowane pół kilo fasolki wyłożyłam na wielki talerz, polałam bułką tartą z masełkiem i wrąbaliśmy razem z dziećmi. Zajęło nam to równe 8 minut., a i to dlatego, że na początku była gorąca i trzeba było powoli jeść. I to niesprawiedliwe, że gotuje się 3 albo i 4 razy dłużej :D

Tanieje bób, już bym ugotowała dzisiaj, gdyby nie złe ludzie, co mi z warzywniaka wykupiły. Kupiłam za to cukinię na pocieszenie.
I tak chodzę po słonecznych ulicach, ciesząc się latem, wystawiam pyszczek do słońca, objadam się sezonowymi warzywami, mam w domu na stałe otwarte okna… więc wpada mi przez nie hałas z ulicy, ale to nic, po stokroć to wolę, niż kulenie się z zimna przy kaloryferze. A teraz jeszcze wieczorami Desperadosik, meczyk, mundial trwa i jest coraz dziwniej i zdziwniej chwilami (Meksyk?? Z Francją? Żabojady już do domu???). Łapię te miłe chwile, zbieram wspomnienia, zamykam w słoiczkach. Półeczka podpisana „nostalgia” jest długa i pojemna. Będzie na potem.

Warszawa i ja

Lubię to miasto. Lubię iść peronem metra i  widzieć z jednej strony odjeżdżający pociąg, z którego wysiadłam, a z drugiej ten, który jedzie tam, skąd przyjechałam. Lubię hałas, jaki tworzą odjeżdżając.
Wracam późnym wieczorem ze spotkania przy piwie ze znajomymi, jest ciepło, jest dobrze, jest bezpiecznie. To jest moje miasto, moje tereny, znam skróty, wiem skąd jeżdżą nocne, do której jeździ metro i tramwaje, wiem ile czasu zajmie mi droga do domu. Idę sama, w lekkiej sukience i czuję się bezpiecznie. Bo jestem u siebie. Bo tu się urodziłam, tu się wychowałam, tu mieszkam i pracuję – jestem stąd. Jestem autochtonem. („Tubylec” brzmi jakoś dziwnie, nie jestem kimś, kto bywa, jestem kimś, kto jest).
Metro ze świstem odjeżdża, ja wjeżdżam schodami ruchomymi na powierzchnię, wychodzę, zaciągam się nocnym powietrzem, patrzę na Pałac Kultury, na którym jaśnieje już tylko zegar i światełko dla samolotów, bo inne światła są zgaszone. Co jest dla mnie tylko wyznacznikiem tego, jak późno jest. Znajome neony i znajome godziny ich gaszenia. Znajome ulice i bramy. Cykl zapalania się i gaśnięcia pomarańczowego światła w banku na dole bloku, wzdłuż którego muszę przejść, żeby dotrzeć do swojej bramy. I szum maszyny polewającej rozpalone upałem ulice mojego miasta. Miasto, masa, maszyna.
Mam to miasto we krwi, ono ma w sobie moją krew. Dobranoc, Warszawo.

Dwa diametralnie różne wieczory

Dostałam od kolegi wejściówkę dla dwóch osób do klubu „Maska” na „Ladies night”. Darmowe drinki, pokaz tańca, takie tam. Jasne, idę. Zgarnęłam Lucę, poszłyśmy i wynudziłyśmy się okropnie. Towarzystwo w klubie sztywne, wylansowane panienki, drętwi faceci, muzyka beznadziejna, darmowych drinków nie uświadczyłyśmy, po półtorej godzinie wyszłyśmy z lekkim niesmakiem. Jedyne, co było tam fajne, to pokaz Diora sprzed lat, który leciał na telewizorze z Fashion TV. I powrót, kiedy to przed metrem Centrum Luca kupiła mi bukiecik konwalii, zaśpiewał słowik, przez chwilę zrobiło się magicznie.

Za to następna noc, to Noc Muzeów. Niby nie planowałam wzięcia udziału, ale jak zobaczyłam, że Re:Praga, na którą się wybieram, to część tego, to zapisałam sobie kilka innych adresów. Zapuściłam sobie zapętlony kawałek Davida Guetty i ruszyłam w miasto. Najpierw koncert L.U.C.a w Centrum Edukacyjnym IPN przy Marszałkowskiej – bardzo zacne. Potem pojechałam do Muzeum Etnograficznego, gdzie najpierw opisałam swój sen i dorzuciłam do interaktywnej wystawy „Sennik: dekoder snów”, a potem dość nieufnie weszłam na „Ludowe obrzędy doroczne” – nazwa brzmiała nudno, ale wystawa okazała się świetna, wielkie słomiane niedźwiedzie zapustne, kolorowe Marzanny, maski diabłów…

Stamtąd chciałam iść do Zachęty, ale dowiedziałam się, że jest długa kolejka, więc wskoczyłam w autobus, dojechałam do ronda De Gaulle’a, tam napadłam na Empik Cafe, z kawą wsiadłam do tramwaju, którym jechali znajomi, pojechaliśmy na Pragę, do fabryki wódek „Koneser” na imprezę Re:Praga.  A tam był wielki plac, a na nim mnóstwo kontenerów, w każdym co innego – mini kino, podwodny świat, drinki, muzyka, kolorowe kwiaty, wiatraczki, stał też samolot, był labirynt, na ścianie kamienicy filmy z rzutnika, kolorowe lampki choinkowe, „polowy ośrodek pomocy wszelakiej”, z wielkim pluszowym królikiem przytulającym wszystkich, leżaki na środku placu. Ogólnie jedna wielka impreza z bardzo pozytywnym klimatem. Spotkaliśmy innych znajomych, mieliśmy iść na domówkę do jednej dziewczyny, ale ostatecznie grupa okazała się tak niezorganizowana i powolna, że na przystanku się odłączyliśmy i wskoczyliśmy w ostatni muzealny tramwaj na lewą stronę Warszawy. Tramwaj był wspaniały, na początku przywitał nas konduktor, dał bilety, ruszyliśmy, to z głośników popłynęły stare warszawskie piosenki, przerywane komunikatami konduktora, żebyśmy się ścieśnili, bo sporo ludzi będzie wsiadać, albo żeby dziewczyny uważały na obcasy, bo w drewnianej podłodze tramwaju są szpary :)

Był straszny tłok, było bardzo wesoło, beztrosko i nastrojowo. Wysiadłam na Bankowym i metrem wróciłam do domu. Z zaplanowanych 6 rzeczy zwiedziłam połowę, spodziewałam się tego, więc nie żałuję. Świetna zabawa, za rok poproszę to samo.
Tu więcej zdjęć i tu jeszcze relacja TVN Warszawa, z moim zdjęciem ;)

Ludzie są źli i głupi

Piąty dzień od katastrofy pod Smoleńskiem. Tam trwa identyfikacja ciał ofiar, tu co chwilę ląduje samolot z trumnami. Długie i przejmujące ceremonie na lotnisku, kondukty żałobne, płaczące rodziny, przyjaciele, obywatele. Przeszywające dreszczem obrazy długich rzędów trumien. Żałoba. Żałoba?
Nie przeciwko Kaczyńskiemu na Wawelu. Tak dla Kaczyńskiego na Wawelu. Chowanie Kaczyńskiego na Wawelu to hańba i bezczeszczenie tego miejsca. Popieram. Nie popieram. Tak. Nie. Kaczyński do piramidy Cheopsa. Na Marsa. Ja chcę być pochowany na Wawelu. Ja nie chcę być pochowany na Wawelu.
Coraz większy niesmak i coraz większe zażenowanie. Przypomina się film Koterskiego „Dzień świra”. Tam politycy szarpali między sobą wielką flagę Polski. Ach, och, jakie to trafne, jakie prawdziwe, tak właśnie jest – mówili wtedy ludzie. Teraz ci sami ludzie szarpią trumnę Lecha Kaczyńskiego. Na Wawel. Nie na Wawel. W lewo. W prawo.
I nie kończy się to tylko na grupach na Facebooku, na jednym kliknięciu. Ci ludzie wychodzą na ulice. Krzyczą. Gorliwie stają przed kamerami, żeby wypowiedzieć swoją Jedyną Słuszną Prawdę. Żądają od mediów reakcji. Żądają działań. Malują transparenty, wymyślają hasła, które potem wykrzykują na ulicach.
Co będzie następne? Rzucanie się na trumnę, w czasie przewozu jej na Wawel podczas pogrzebu? Palenie opon zamiast zniczy? Rękoczyny? Od wznoszenia okrzyków wśród tłumu jest blisko do agresji fizycznej. Jestem zażenowana i przerażona.
To, gdzie Prezydent Polski będzie pochowany, to nie nasza to decyzja. Czasem trzeba cos ZAAKCEPTOWAĆ i tyle. A nie drzeć ryje nad trumną.

Opamiętajcie się, pokasujcie te idiotyczne grupy. Zachowajcie odrobinę godności.

Maciek ma rację, ludzie są źli i głupi.

To nie chodzi o zdjęcia. Chodzi o to, żeby tam być, zobaczyć, poczuć, zapamiętać. To historyczna chwila i cieszę się, że mogłam być jej częścią. Morze zniczy, kwiatów, tłum ludzi, a jednak wielka cisza. Spokój. Pomaganie. Bycie razem.
Jak to ładnie ujął Pandziak, którego spotkałam w drodze pod Pałac, i z którym tam poszłam: „Pod palacem było spokojne i tłumnie. Ludzie się nie pchali, zapalali sobie znicze. Własnie takie małe rzeczy zostają potem w pamięci.”
Tak było. Wielki tłum, falujący we wszystkich kierunkach, ale ani razu nie dostałam nawet kuksańca łokciem, zero agresji. Ludzie podawali sobie znicze i kwiaty nad głowami, użyczali sobie zapałek, zapalniczek, przepuszczali się. Ludzie z psami, dziećmi, młodzi starzy, ze wszystkich stron płynęli strugą pod Pałac. Pobyć tam, zapalić świeczkę, pomodlić się, wpisać do księgi kondolencyjnej, popłakać razem.
Nie wierzyłam. Płakałam. Złościłam się. Pytałam. Czytałam. Rozmawiałam. „Psychologowie rozróżniają kilka faz żałoby. Pierwszą jest szok, potem zaprzeczenie, rozpacz, odczuwanie krzywdy i agresja, wreszcie reorganizacja.” Nie wiem, kiedy przejdę do tej ostatniej. Teoretycznie cały czas muszę być zorganizowana, bo życie trwa dalej, praca, dzieci, opiekunka, ale cały czas mam w głowie chaos i czuję się zagubiona.

***

Wieczne odpoczywanie racz Im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj Im świeci na wieki wieków. Amen.

Za dużo polityki, za mało muzyki, czyli recenzja „Beats of freedom”

Wybrałam się ostatnio z rodzicami do kina na „Rewers”. Zacny film, genialne zdjęcia, tylko nieco uroku odebrało mu to, że kino, w którym byliśmy średnio radziło sobie z dźwiękiem dolby surround, czy jak mu tam i znienacka z któregoś głośnika z boku rozlegał się głos aktora, znacznie głośniejszy, przeszkadzało to skupić się na filmie. Zatem przy następnym wyjściu do kina wybrałam Kinotekę, gdzie zawsze dźwięk jest świetny. A jak kino z dobrym dźwiękiem, to może film o muzyce, czyli „Beats of freedom” – dokument o polskiej scenie muzycznej od czasów powojennych do końca 80′. Właściwie to początek sugerował, że od lat powojennych, bo pierwsze zdania były o latach 50′, ale jednak zaraz był błyskawiczny przeskok do 1967 roku. Pomysł fajny, warto zobaczyć, tylko jak na film dla Polaków to za bardzo był w nim nakreślony aspekt historyczny, za dużo obrazków z manifestacji, pałowania, pochodów pierwszomajowych, strajków i tak dalej. My to wiemy, znamy, nie potrzebujemy aż tyle. Jak na film dla zagranicy – owszem, potrzebne było aż tyle. Ja chciałam więcej muzyki, bo o pustych półkach w sklepach wiem, nawet z własnych wspomnień.

Zastanawiające też, że zupełnie nie było odniesień do muzyki z USA, jak narrator opisywał, co się działo w muzyce na świecie za żelazną kurtyną i jak to wpływało na muzykę w Polsce, skupiał się tylko na Europie, a właściwie na Wielkiej Brytanii. Ani słowa o Woodstocku, nie wiem dlaczego.
Za to co było siłą tego filmu to raz, cytowane fragmenty z raportów UB o festiwalu w Jarocinie, o subkulturach, o aresztowaniu Skiby rozdającego ulotki, dwa anegdotki i opowieści o sposobach na obchodzenie cenzury w tekstach piosenek, o radzeniu sobie z brakiem pieniędzy, o tej walce z komunizmem. Opowieść Hołdysa o tym, jak to wszedł do sklepu mięsnego, podszedł do lady „tylko zobaczyć co jest”, a ludność z gigantycznej kolejki uznała, że oto pan gwiazdor nie chce stać i się wpycha i go za to zrugała niewybrednymi słowami. I opowieść Marka Niedźwieckiego, jak to zabroniono mu nagle puszczać Maanam w Trójce, a on zrobił tak, że niby nie puszczał, ale puszczał, w czym władze się nie zorientowały, a ludzie tak. I konstruktora wzmacniaczy, jak z garnka robiono wzmacniacz. Bardzo, bardzo na plus.

A po kinie poszliśmy z kolegą ulicami Warszawy, w lekko siąpiącym wiosennym deszczyku, robiąc po drodze mnóstwo zdjęć szablonów na murach, gołębi na drzewie, fragmentów architektury PKiN i placu Konstytucji… Niczym dwoje japońskich turystów, żonglowaliśmy 3 różnego rodzaju aparatami fotograficznymi i tylko pokazywaliśmy sobie nawzajem ciekawe kadry. Miły spacer, miły dzień, rozpoczęty od dwóch godzin nauki parkowania i potem śniadanka na mieście (tarta z warzywami i boczkiem w Green Coffee – bdb, polecam).

Głupie ciućmy z IMAX

Poszliśmy z Lubym do kina. Na Avatar. Oboje pracujemy, mamy mnóstwo zajęć, a film 3-godzinny, więc znalezienie czasu nie było takie łatwe, tym bardziej, że jeszcze musiała móc moja opiekunka do dzieci. Ale udało się, kupiłam bilety w poniedziałek, dzisiaj prosto z pracy pojechaliśmy do Sadyba Best Mall do kina. Kupiliśmy nachosy i picie, założyliśmy okularki, napstrykaliśmy sobie lansiarskich fot w nich, w końcu doczekaliśmy się filmu. Pierwszy raz byłam na filmie 3D, więc na samym początku rozgłośnie wrzasnęłam wystraszona, jak tuż przed nosem przeleciał mi reflektor oświetlający logo wytwórni 20th Century Fox. A potem wcisnęłam się w fotel z wrażenia. A potem próbowałam łapać krople wody, ludzi, liście, przedmioty, które były TUŻ PRZEDE MNĄ PRZECIEŻ. Luby kilka razy ze śmiechem mi szeptał: „tego tu naprawdę nie ma!”, potem nawet przestał, bo ja ciągle ulegałam złudzeniu. Rewelacja, od razu pokochałam to 3D.

No i tak siedzimy, oglądamy, miło, fajnie, akcja się rozkręca, zaczyna się robić naprawdę interesująco… I nagle około 3 sekund dźwięku zaczyna się powtarzać. W kółko. W pierwszej chwili nawet myśleliśmy że to tak właśnie jest, że to jakieś okrzyki bojowe tych całych Na’vi, bo układało się to w coś w rodzaju jednostajnej pieśni, a wszystkie postaci akurat tylko szły do wioski. Ale doszli, zaczęli rozmawiać, pojawiły się napisy i stało się oczywiste że coś jest nie tak, że ten dźwięk się po prostu zaciął, zapętlił i to jest bardzo niedobrze.
No i się zaczął dramat. Ludzie się oglądają do tyłu na kabinę operatora, wołają, klaszczą, gwiżdżą – nic. Po kilku minutach wyleciał jeden mężczyzna z widzów i pobiegł do obsługi na zewnątrz sali. Chwilę go nie było, wrócił, za nim pojawił się jakiś pracownik. I nic. Film dalej leci, już około 8 minut, obraz jest, dźwięk zapętlony w coraz bardziej irytującej kakofonii, pracownik cośtam dzwoni na górę, ale tam operator albo śpi, albo ogłuchł, albo obmacuje babę, albo w ogóle poszedł w pizdu…
Ostatecznie po 12 minutach udało im się wyłączyć, ktoś w końcu wyszedł i powiedział nam że się zepsuł komputer, dalszej projekcji nie będzie i ma 3 propozycje. Pierwsza: przejdziemy do drugiej, mniejszej sali, gdzie od 15 minut leci ten sam film, ale jest tam widownia. Propozycja dość absurdalna moim zdaniem, bo 45 minut powtórki, a  co gorsza beznadziejne miejsca, pierwsze rzędy albo i schody. No i to średnio w porządku wobec tamtych widzów, jednak to film, w którym dużo się dzieje, który się ogląda pilnie, a tu nagle zwala się tłum ludzi, zasłania, bije się o najlepsze z kiepskich miejsc i ogólnie straszne zamieszanie. Jednak sporo osób poszło na to, reszta wybrała drugą opcję, czyli w zamian bilety ważne przez pół roku na dowolnie wybrany film we wszystkich kinach sieci IMAX, albo trzecią, czyli zwyczajny zwrot biletów.
Wzięliśmy te bilety ważne pół roku i z zawiedzionymi minami wyszliśmy z kina. Jeszcze słuchaliśmy rozmów ludzi koło nas wychodzących i ktoś smętnie mówił, że no tak, wprawdzie za bilet na film oddali, ale pieniędzy za bilety kolejowe z Grodziska mu nikt nie zwróci, podobnie jak za colę i popcorn. Jedzenie i picie nieobowiązkowe niby, ale za dojazd z daleka – głupio. No i czas, i wydane pieniądze na dojechanie drugi raz… Ehh.
Jednak co było naprawdę skandaliczne, to ten czas reakcji pracowników kina IMAX w Warszawie. No bo ja rozumiem, że coś się może popsuć. Ale reakcja powinna być natychmiastowa, a nie dobre kilkanaście minut, podczas których film leci z popsutym dźwiękiem. To było bardzo nieładnie i na drugi seans zdecydowanie pójdziemy do innego kina, nie tylko tam jest wersja 3D.

Gdyby kózka nie skakała…

Nie, spokojnie, nic nie złamałam. Ale opisuję ku przestrodze, bo okazało się, jak opowiadałam swoją historię znajomym, że sporo osób nie wie, że to jest karalne. Cóż takiego? Otóż karalne, nielegalne i niewłaściwie jest przeskakiwanie przez bramki w metrze. Oraz przechodzenie dołem. Oraz przejście bramką dla wychodzących, celem wejścia. Ogólnie każde przekroczenie bramki w metrze inaczej, niż przez przytknięcie karty/włożenie biletu i pchnięcie barierki jest niedozwolone. I można zostać za to ukaranym, jako mi i kumplowi się przydarzyło.

Poszliśmy sobie do kina, wracaliśmy metrem, wchodzimy i mi się nie chciało wyciągać z torebki portfela z kartą, więc beztrosko przeskoczyłam bramkę. Kumpel zaś przeszedł przez tą dla wychodzących i ledwo spojrzał na peron, powiedział:
- Oho, policja, mamy problem.
Zdziwiłam się, bo jaki problem, skoro przecież mam kartę, działającą, pokażę ją i nie będzie sprawy. Ale myliłam się głęboko, państwa policjantów w sumie nie interesowało w ogóle czy mam bilet czy nie, ich interesowało tylko to, że „pokonałam bramkę w metrze w sposób nieprawidłowy”. I poinformowali mnie, że mogę przyjąć mandat w wysokości 20 złotych, albo nie przyjąć i wtedy skierują sprawę do sądu grodzkiego. Cóż, jako że przedstawili mi podstawę prawną (art 54 KW) nie zamierzałam się kłócić, mandat grzecznie przyjęłam, nawet chciałam go zapłacić od na miejscu, ale okazało się, że nie można tak, trzeba przelewem. Mój znajomy oczywiście też dostał taki mandat. W sumie była to bardzo zabawna historia – 20 złotych to nie jest kwota, która by mnie zdenerwowała, bardziej byłam po prostu szczerze zaskoczona, że za coś takiego można zostać ukaranym. Mój pierwszy mandat w życiu, wzrusz.

Także pamiętajcie drogie dzieci: uważajcie na bramki w metrze, jeśli gdzieś w pobliżu stoi policja i was widzi – nie przeskakujcie, nie prześlizgujcie się dołem, przejdźcie prawidłowo. Bo 20 złotych nie majątek, ale i piechotą nie chodzi, nie mówiąc już o tym, że traci się czas czekając na wypisanie go.
A oto i rzeczony:mandat

Koniec Galerii Centrum

Ja dorastam i się zmieniam, moje miasto też. Nie będę bardzo tęsknić za GC i tak tam nie chodziłam, ze dwa razy coś kupiłam. Zmiany mogą być dobre, ciekawe co teraz tam powstanie.
Trochę historii:

Galeria Centrum to sieć domów handlowych w dużych miastach Polski, która wywodzi się z funkcjonujących w okresie PRL Państwowych Domów Towarowych (zwanych popularnie pedetami).
Spółka powstała w 1998 roku i była częścią koncernu NFI Empik Media & Fashion. Pod koniec lat 90. XX wieku firma przejęła akcje, pochodzące z prywatyzacji Domów Towarowych Centrum (spółki państwowej, powstałej z przedsiębiorstwa Państwowe Domy Towarowe). W 2006 roku została sprzedana firmie Vistula& Wólczanka S.A., producentowi ekskluzywnych garniturów.
30 marca 2009 spółka Galeria Centrum Sp. z o.o. zgłosiła wniosek o upadłość z możliwością zawarcia układu.
2 lipca 2009 Krakowski sąd rejonowy wydał postanowienie o ogłoszeniu upadłości z możliwością zawarcia układu Galerii Centrum.
Pod koniec września 2009 Sąd Rejonowy w Krakowie wydał decyzję o zmianie postanowienia i ogłoszeniu upadłości likwidacyjnej. Przesłankami tej decyzji była utrata płynności finansowej spółki, rosnące zadłużenie oraz brak porozumienia z wierzycielami.
(z Wikipedii)

I, jak widać, na początku listopada sklepy w Warszawie zostały definitywnie zamknięte.likwidacjalikwidacja 2

Królowa spotyka Królową

„Quicker than a ray of light” poruszała się 51-letnia Królowa Popu po scenie na warszawskim Bemowie. Dwugodzinny show robił wrażenie, choć nie wszyscy  się dobrze bawili. Czyżby to przez przesadnie długą przerwę między supportem, a właściwym koncertem?

Wygodne buty, komórka, bilet i dobre humory – wyruszamy. Dojeżdżamy szybko, potem przez chwilę patrzymy z lekkim popłochem  na straszny tłum, jednak wkrótce okazuje się, że ludzie są stłoczeni w wąskim przejściu, ale po 5 minutach wychodzi się na wielkie przestrzenne pole. Kontrola na bramkach jest bardzo łagodna, mi w ogóle nie zaglądają do torebki, koledze otwierają, rzucają okiem, ale nikt dokładnie nie sprawdza zawartości. Jedyną niedogodnością jest obowiązek wyrzucenia korków z butelek z napojami. Idziemy pod scenę, siedzimy na słoneczku, nastrój nieco piknikowy, dookoła ludzie z pizzą, piwem, colą.

O 19.30 zaczyna grać Paul Oakenfold. Pół godziny dynamicznej,  tanecznej muzyki rozgrzewa atmosferę. Ale artysta schodzi ze sceny i następuje nieznośnie długi moment czekania na właściwy koncert.  Przez kwadrans nawet nie puszczają z głośników żadnej muzyki, jest cisza, nic się nie dzieje, ludzie siadają, atmosfera klęsnie.
Dochodzi 21.00, według niektórych źródeł Madonna o tej godzinie miała się pojawić, więc wszyscy wyciągamy szyje, kilka fałszywych alarmów gdy przez scenę przemyka jakiś technik – zanim się orientujemy, że to nie Ona dostaje brawa, a fanki zaczynają piszczeć. Dziesięć po 21 zaczyna się już mocne zniecierpliwienie, ludzie wywołują piosenkarkę skandując jej pseudonim, wszyscy mają dość czekania.

Wreszcie 21.20 gasną światła, rozświetlają się ekrany dookoła i na scenie, pojawiają  się na nich wizalizacje, zapala się wielkie, różowe „M” po bokach estrady. Tłum wyciąga aparaty  fotograficzne, wszystkie oczy wpatrzone w scenę. 4 minuty migających obrazków i wreszcie jest! Wjeżdża na scenę na tronie, jak przystało na Królową Popu.   Burza loków,  czarny gorset, kabaretki i buty do kolan na niebotycznie wysokich obcasach. Koncert zaczyna się od „Candy Shop”, Madonna śpiewa i tańczy, wokół niej rewelacyjna grupa tancerzy. Po 3 piosenkach przerywnik, piosenkarka znika za kulisami, wraca w stroju małej dziewczynki w podkolanówkach w paski i czerwonej mini, skacze na skakance, wspina się po rurze, w kolejnych piosenkach wyciągnie gitarę, będzie kłaść się na scenie, skakać, biegać, brać udział w skomplikowanych układach tanecznych – kondycji można zdecydowanie jej zazdrościć.

Znienacka na scenę wychodzi Michael Jackson, tańczy, z głośników leci miks kilku utworów Jacko, a Madonna wspomina „wielkiego artystę”, tańczy ramię w ramię z tancerzem przebranym za Króla Popu. Dwie piosenki i znów znika za kulisami zmienić strój, przebiera się w trakcie całego koncertu co najmniej 6 razy i to w błyskawicznym tempie, chwilami ma też zmienioną fryzurę, jestem pełna podziwu dla ekipy, która to wszystko przygotowywała.

Połowa widzów śpiewa „Sto lat” , druga połowa „Happy Birthday”, ale białe serca podnoszą do góry wszyscy. No, prawie wszyscy, ale i tak moment celebrowania 51. urodzin gwiazdy jest  najbardziej jednoczącym. Bo niestety przez pierwszą godzinę publiczność jest dość sztywna, prawie nikt nie tańczy, nielicznie się delikatnie kołyszą, nawet takie hity jak ‘Music” czy „4 minutes” nie porywają tłumu. W drugiej godzinie jest trochę lepiej, ale i tak poza rozentuzjazmowaną grupą w Golden Circle mało kto wydaje się świetnie bawić. Ot, fajnie, ale gdy pół godziny przed końcem kilkanaście osób przeciska się przed tłum w stronę wyjścia zastanawiam się, czy to  tylko konieczność udania się do toalety, czy już wychodzą całkiem.

„Give it  to me!” prosi Madonna, jednak publiczność nie śpiewa z nią, tak głośno, jakby mogła. Muzyka milknie, na ekranach pojawia się wielkie „Game over”, Królowa znika, a widzowie robią natychmiastowe „w tył zwrot” i pośpiesznie opuszczają teren lotniska. Nikt nie domaga się bisów, nikt się nie ogląda, pośpieszna ewakuacja.
Wielki plus dla organizatorów za rozdawanie po koncercie wody mineralnej, wielki minus dla ZTM za brak obiecanych tramwajów kursujących co 5 minut. Autobusów też było jak na lekarstwo, wepchnięcie się do nich graniczyło z cudem. Wiele osób siedziało zrezygnowanych na chodnikach, na przystankach, inni ruszyli na piechotę, zdesperowani próbowali wezwać taksówkę, ale ich dojazd był utrudniony przez tłumy ciągnące ulicami.

Mimo tego, ja się bawiłam przednio, tak samo mój towarzysz. Powrót z koncertu był bardziej męczący niż skakanie i śpiewanie, ale nie żałuję niczego. Było świetnie uczestniczyć w koncercie, który się zdarza raz na wiele lat, zobaczyć te stroje, tancerzy, układy, niesamowitą kondycję Madonny