Archiwa tagu ‘warszawa’

Głupie ciućmy z IMAX

Poszliśmy z Lubym do kina. Na Avatar. Oboje pracujemy, mamy mnóstwo zajęć, a film 3-godzinny, więc znalezienie czasu nie było takie łatwe, tym bardziej, że jeszcze musiała móc moja opiekunka do dzieci. Ale udało się, kupiłam bilety w poniedziałek, dzisiaj prosto z pracy pojechaliśmy do Sadyba Best Mall do kina. Kupiliśmy nachosy i picie, założyliśmy okularki, napstrykaliśmy sobie lansiarskich fot w nich, w końcu doczekaliśmy się filmu. Pierwszy raz byłam na filmie 3D, więc na samym początku rozgłośnie wrzasnęłam wystraszona, jak tuż przed nosem przeleciał mi reflektor oświetlający logo wytwórni 20th Century Fox. A potem wcisnęłam się w fotel z wrażenia. A potem próbowałam łapać krople wody, ludzi, liście, przedmioty, które były TUŻ PRZEDE MNĄ PRZECIEŻ. Luby kilka razy ze śmiechem mi szeptał: “tego tu naprawdę nie ma!”, potem nawet przestał, bo ja ciągle ulegałam złudzeniu. Rewelacja, od razu pokochałam to 3D.

No i tak siedzimy, oglądamy, miło, fajnie, akcja się rozkręca, zaczyna się robić naprawdę interesująco… I nagle około 3 sekund dźwięku zaczyna się powtarzać. W kółko. W pierwszej chwili nawet myśleliśmy że to tak właśnie jest, że to jakieś okrzyki bojowe tych całych Na’vi, bo układało się to w coś w rodzaju jednostajnej pieśni, a wszystkie postaci akurat tylko szły do wioski. Ale doszli, zaczęli rozmawiać, pojawiły się napisy i stało się oczywiste że coś jest nie tak, że ten dźwięk się po prostu zaciął, zapętlił i to jest bardzo niedobrze.
No i się zaczął dramat. Ludzie się oglądają do tyłu na kabinę operatora, wołają, klaszczą, gwiżdżą – nic. Po kilku minutach wyleciał jeden mężczyzna z widzów i pobiegł do obsługi na zewnątrz sali. Chwilę go nie było, wrócił, za nim pojawił się jakiś pracownik. I nic. Film dalej leci, już około 8 minut, obraz jest, dźwięk zapętlony w coraz bardziej irytującej kakofonii, pracownik cośtam dzwoni na górę, ale tam operator albo śpi, albo ogłuchł, albo obmacuje babę, albo w ogóle poszedł w pizdu…
Ostatecznie po 12 minutach udało im się wyłączyć, ktoś w końcu wyszedł i powiedział nam że się zepsuł komputer, dalszej projekcji nie będzie i ma 3 propozycje. Pierwsza: przejdziemy do drugiej, mniejszej sali, gdzie od 15 minut leci ten sam film, ale jest tam widownia. Propozycja dość absurdalna moim zdaniem, bo 45 minut powtórki, a  co gorsza beznadziejne miejsca, pierwsze rzędy albo i schody. No i to średnio w porządku wobec tamtych widzów, jednak to film, w którym dużo się dzieje, który się ogląda pilnie, a tu nagle zwala się tłum ludzi, zasłania, bije się o najlepsze z kiepskich miejsc i ogólnie straszne zamieszanie. Jednak sporo osób poszło na to, reszta wybrała drugą opcję, czyli w zamian bilety ważne przez pół roku na dowolnie wybrany film we wszystkich kinach sieci IMAX, albo trzecią, czyli zwyczajny zwrot biletów.
Wzięliśmy te bilety ważne pół roku i z zawiedzionymi minami wyszliśmy z kina. Jeszcze słuchaliśmy rozmów ludzi koło nas wychodzących i ktoś smętnie mówił, że no tak, wprawdzie za bilet na film oddali, ale pieniędzy za bilety kolejowe z Grodziska mu nikt nie zwróci, podobnie jak za colę i popcorn. Jedzenie i picie nieobowiązkowe niby, ale za dojazd z daleka – głupio. No i czas, i wydane pieniądze na dojechanie drugi raz… Ehh.
Jednak co było naprawdę skandaliczne, to ten czas reakcji pracowników kina IMAX w Warszawie. No bo ja rozumiem, że coś się może popsuć. Ale reakcja powinna być natychmiastowa, a nie dobre kilkanaście minut, podczas których film leci z popsutym dźwiękiem. To było bardzo nieładnie i na drugi seans zdecydowanie pójdziemy do innego kina, nie tylko tam jest wersja 3D.

Gdyby kózka nie skakała…

Nie, spokojnie, nic nie złamałam. Ale opisuję ku przestrodze, bo okazało się, jak opowiadałam swoją historię znajomym, że sporo osób nie wie, że to jest karalne. Cóż takiego? Otóż karalne, nielegalne i niewłaściwie jest przeskakiwanie przez bramki w metrze. Oraz przechodzenie dołem. Oraz przejście bramką dla wychodzących, celem wejścia. Ogólnie każde przekroczenie bramki w metrze inaczej, niż przez przytknięcie karty/włożenie biletu i pchnięcie barierki jest niedozwolone. I można zostać za to ukaranym, jako mi i kumplowi się przydarzyło.

Poszliśmy sobie do kina, wracaliśmy metrem, wchodzimy i mi się nie chciało wyciągać z torebki portfela z kartą, więc beztrosko przeskoczyłam bramkę. Kumpel zaś przeszedł przez tą dla wychodzących i ledwo spojrzał na peron, powiedział:
- Oho, policja, mamy problem.
Zdziwiłam się, bo jaki problem, skoro przecież mam kartę, działającą, pokażę ją i nie będzie sprawy. Ale myliłam się głęboko, państwa policjantów w sumie nie interesowało w ogóle czy mam bilet czy nie, ich interesowało tylko to, że “pokonałam bramkę w metrze w sposób nieprawidłowy”. I poinformowali mnie, że mogę przyjąć mandat w wysokości 20 złotych, albo nie przyjąć i wtedy skierują sprawę do sądu grodzkiego. Cóż, jako że przedstawili mi podstawę prawną (art 54 KW) nie zamierzałam się kłócić, mandat grzecznie przyjęłam, nawet chciałam go zapłacić od na miejscu, ale okazało się, że nie można tak, trzeba przelewem. Mój znajomy oczywiście też dostał taki mandat. W sumie była to bardzo zabawna historia – 20 złotych to nie jest kwota, która by mnie zdenerwowała, bardziej byłam po prostu szczerze zaskoczona, że za coś takiego można zostać ukaranym. Mój pierwszy mandat w życiu, wzrusz.

Także pamiętajcie drogie dzieci: uważajcie na bramki w metrze, jeśli gdzieś w pobliżu stoi policja i was widzi – nie przeskakujcie, nie prześlizgujcie się dołem, przejdźcie prawidłowo. Bo 20 złotych nie majątek, ale i piechotą nie chodzi, nie mówiąc już o tym, że traci się czas czekając na wypisanie go.
A oto i rzeczony:mandat

Koniec Galerii Centrum

Ja dorastam i się zmieniam, moje miasto też. Nie będę bardzo tęsknić za GC i tak tam nie chodziłam, ze dwa razy coś kupiłam. Zmiany mogą być dobre, ciekawe co teraz tam powstanie.
Trochę historii:

Galeria Centrum to sieć domów handlowych w dużych miastach Polski, która wywodzi się z funkcjonujących w okresie PRL Państwowych Domów Towarowych (zwanych popularnie pedetami).
Spółka powstała w 1998 roku i była częścią koncernu NFI Empik Media & Fashion. Pod koniec lat 90. XX wieku firma przejęła akcje, pochodzące z prywatyzacji Domów Towarowych Centrum (spółki państwowej, powstałej z przedsiębiorstwa Państwowe Domy Towarowe). W 2006 roku została sprzedana firmie Vistula& Wólczanka S.A., producentowi ekskluzywnych garniturów.
30 marca 2009 spółka Galeria Centrum Sp. z o.o. zgłosiła wniosek o upadłość z możliwością zawarcia układu.
2 lipca 2009 Krakowski sąd rejonowy wydał postanowienie o ogłoszeniu upadłości z możliwością zawarcia układu Galerii Centrum.
Pod koniec września 2009 Sąd Rejonowy w Krakowie wydał decyzję o zmianie postanowienia i ogłoszeniu upadłości likwidacyjnej. Przesłankami tej decyzji była utrata płynności finansowej spółki, rosnące zadłużenie oraz brak porozumienia z wierzycielami.
(z Wikipedii)

I, jak widać, na początku listopada sklepy w Warszawie zostały definitywnie zamknięte.likwidacjalikwidacja 2

Królowa spotyka Królową

“Quicker than a ray of light” poruszała się 51-letnia Królowa Popu po scenie na warszawskim Bemowie. Dwugodzinny show robił wrażenie, choć nie wszyscy  się dobrze bawili. Czyżby to przez przesadnie długą przerwę między supportem, a właściwym koncertem?

Wygodne buty, komórka, bilet i dobre humory – wyruszamy. Dojeżdżamy szybko, potem przez chwilę patrzymy z lekkim popłochem  na straszny tłum, jednak wkrótce okazuje się, że ludzie są stłoczeni w wąskim przejściu, ale po 5 minutach wychodzi się na wielkie przestrzenne pole. Kontrola na bramkach jest bardzo łagodna, mi w ogóle nie zaglądają do torebki, koledze otwierają, rzucają okiem, ale nikt dokładnie nie sprawdza zawartości. Jedyną niedogodnością jest obowiązek wyrzucenia korków z butelek z napojami. Idziemy pod scenę, siedzimy na słoneczku, nastrój nieco piknikowy, dookoła ludzie z pizzą, piwem, colą.

O 19.30 zaczyna grać Paul Oakenfold. Pół godziny dynamicznej,  tanecznej muzyki rozgrzewa atmosferę. Ale artysta schodzi ze sceny i następuje nieznośnie długi moment czekania na właściwy koncert.  Przez kwadrans nawet nie puszczają z głośników żadnej muzyki, jest cisza, nic się nie dzieje, ludzie siadają, atmosfera klęsnie.
Dochodzi 21.00, według niektórych źródeł Madonna o tej godzinie miała się pojawić, więc wszyscy wyciągamy szyje, kilka fałszywych alarmów gdy przez scenę przemyka jakiś technik – zanim się orientujemy, że to nie Ona dostaje brawa, a fanki zaczynają piszczeć. Dziesięć po 21 zaczyna się już mocne zniecierpliwienie, ludzie wywołują piosenkarkę skandując jej pseudonim, wszyscy mają dość czekania.

Wreszcie 21.20 gasną światła, rozświetlają się ekrany dookoła i na scenie, pojawiają  się na nich wizalizacje, zapala się wielkie, różowe „M” po bokach estrady. Tłum wyciąga aparaty  fotograficzne, wszystkie oczy wpatrzone w scenę. 4 minuty migających obrazków i wreszcie jest! Wjeżdża na scenę na tronie, jak przystało na Królową Popu.   Burza loków,  czarny gorset, kabaretki i buty do kolan na niebotycznie wysokich obcasach. Koncert zaczyna się od „Candy Shop”, Madonna śpiewa i tańczy, wokół niej rewelacyjna grupa tancerzy. Po 3 piosenkach przerywnik, piosenkarka znika za kulisami, wraca w stroju małej dziewczynki w podkolanówkach w paski i czerwonej mini, skacze na skakance, wspina się po rurze, w kolejnych piosenkach wyciągnie gitarę, będzie kłaść się na scenie, skakać, biegać, brać udział w skomplikowanych układach tanecznych – kondycji można zdecydowanie jej zazdrościć.

Znienacka na scenę wychodzi Michael Jackson, tańczy, z głośników leci miks kilku utworów Jacko, a Madonna wspomina „wielkiego artystę”, tańczy ramię w ramię z tancerzem przebranym za Króla Popu. Dwie piosenki i znów znika za kulisami zmienić strój, przebiera się w trakcie całego koncertu co najmniej 6 razy i to w błyskawicznym tempie, chwilami ma też zmienioną fryzurę, jestem pełna podziwu dla ekipy, która to wszystko przygotowywała.

Połowa widzów śpiewa „Sto lat” , druga połowa „Happy Birthday”, ale białe serca podnoszą do góry wszyscy. No, prawie wszyscy, ale i tak moment celebrowania 51. urodzin gwiazdy jest  najbardziej jednoczącym. Bo niestety przez pierwszą godzinę publiczność jest dość sztywna, prawie nikt nie tańczy, nielicznie się delikatnie kołyszą, nawet takie hity jak ‘Music” czy „4 minutes” nie porywają tłumu. W drugiej godzinie jest trochę lepiej, ale i tak poza rozentuzjazmowaną grupą w Golden Circle mało kto wydaje się świetnie bawić. Ot, fajnie, ale gdy pół godziny przed końcem kilkanaście osób przeciska się przed tłum w stronę wyjścia zastanawiam się, czy to  tylko konieczność udania się do toalety, czy już wychodzą całkiem.

„Give it  to me!” prosi Madonna, jednak publiczność nie śpiewa z nią, tak głośno, jakby mogła. Muzyka milknie, na ekranach pojawia się wielkie „Game over”, Królowa znika, a widzowie robią natychmiastowe „w tył zwrot” i pośpiesznie opuszczają teren lotniska. Nikt nie domaga się bisów, nikt się nie ogląda, pośpieszna ewakuacja.
Wielki plus dla organizatorów za rozdawanie po koncercie wody mineralnej, wielki minus dla ZTM za brak obiecanych tramwajów kursujących co 5 minut. Autobusów też było jak na lekarstwo, wepchnięcie się do nich graniczyło z cudem. Wiele osób siedziało zrezygnowanych na chodnikach, na przystankach, inni ruszyli na piechotę, zdesperowani próbowali wezwać taksówkę, ale ich dojazd był utrudniony przez tłumy ciągnące ulicami.

Mimo tego, ja się bawiłam przednio, tak samo mój towarzysz. Powrót z koncertu był bardziej męczący niż skakanie i śpiewanie, ale nie żałuję niczego. Było świetnie uczestniczyć w koncercie, który się zdarza raz na wiele lat, zobaczyć te stroje, tancerzy, układy, niesamowitą kondycję Madonny